Efekt Hollywood

Recenzja węgierskiego filmu “Syn Szawła” pióra mojej przyjaciółki Moniki Aniszewskiej, aktorki najstarszego teatru amatorskiego w Polsce im. Jaracza w Otwocku:

Kiedy czytam te wszystkie euforyczne, entuzjastyczne, ogniste wypowiedzi, nadużywające słów: „arcydzieło”, „fenomen”, „ majstersztyk” w stosunku do filmu „Syn Szawła”, to myślę, że chyba inny film ogladałam…
Klaustrofobiczny, ciężki, bardziej męczący (widza), niż przerażający. Patrzenie na jedną (JEDNĄ !) umęczona twarz przez 1 godzinę i 40 minut, to rzeczywiście do zniesienia tylko przez widza o silnych nerwach. Sam sposób opowiadania całej historii jest co najmniej kontrowersyjny. Ale zarzuty, co do artystycznych środków wyrazu, mogą być osobistym odczuciem.

Jednak faktów przemilczeć się nie da. Nie chce się czepiać prawdy historycznej, bo to nie film historyczny w zamyśle. Przytoczę zaledwie parę przykładów, które utrudniały mi właściwy odbiór tego arcydzieła. Przeżycie  komory gazowej w obliczu znanej nam wiedzy,  to delikatnie mówiąc dosyć naciagana historia. Biorąc pod uwagę skrupulatniość nazistów, raczej nie mam wątpliwości, że czas zgonu potrafili wyliczyć więcej niż precyzyjnie.
Swobodne przechadzanie się bohatera po obozie pod okiem Niemców oraz dołączanie się – ni z tego, ni z owego – do pracującej grupy więźniów, aby znależć rabina i przekonać go do uczestnictwa w pogrzebie tytułowego syna, to już szczyt nieprawdopodobieństwa. Członkowie Sonderkommando nie byli wyjęci spod praw obowiązujących innych więźniów. Inna sprawa, że tytułowy syn synem nie jest, a jedynie ma chyba legitymować ludzkie odruchy w przedstawianym piekle, sprawiać, że cała sytuacja wyda się… bardziej uzasadniona? No właśnie też nie.
W mojej ocenie zachowanie głównego bohatera jest do bólu egoistyczne. Wie, że czas Sonderkommando, którego jest członkiem, się kończy i za chwilę sami zostaną zlikwidowani, więc przygotowuje się do ucieczki. Jego współtowarzysze potrzebują prochu, aby zniszczyć krematoria. Główny bohater musi go dostarczyć. Dostaje od innego więźnia cudem zdobyty woreczek prochu i… gubi go, bo obsesja znalezienia rabina to jego piorytet.
Narażanie współwięźniów na śmierć , aby wcielić w życie pokrętny plan pochówku rzekomego syna, podczas gdy wokół giną miliony. Mocne. Moralnie naganne. I dla mnie po prostu nie do przyjęcia.
Podobno to według Amerykanów najlepszy film o Holokauście. Serio? Naprawdę nie widzieli lepszych? Współczuję.
Moim zdaniem zachwyt nad tym filmem to klasyczny efekt motyla. Ktoś się zachwycił,  może nawet szczerze (ale nie oszukujmy się , niektórym podoba się nawet „Pragnienie Śmierci 11”). A potem jeszcze ktoś . I jeszcze ktoś.  A potem innym już nie wypadało się nie zachwycać, bo przecież ci mądrzejsi wiedzą lepiej, co ma się podobać. I żeby nie wyjść na głupka, trzeba udawać w ciemniej sali kinowej, że to nie nas nudzi to arcydzieło, które opowiada przecież tak czy inaczej o ogromnej ludzkiej tragedii. I szczytem bohaterstwa pozostaje niesłyszenie chrapiącego sąsiada.

 


Nie o to chodzi, by zrobić króliczka…

…ale by dobrze bawić się. Bo akurat w tę niedzielę bawiłyśmy się z Sylwią doskonale, robiąc króliczki. Że efekt stał pod znakiem zapytania – wcale nam nie przeszkadzało. Ale zacznijmy od początku.

Czymś bardzo charakterystycznym dla Węgier są pogacze (pogácsa). Małe słone ciasteczka podawane jako przegryzka do wina czy palinki. W zasadzie obowiązkowo domowego wyrobu. Dlatego też tyle rodzai pogaczy, co gospodyń. Pogacze mogą być drożdżowe albo z kruchego ciasta czy francuskiego. Serowe, ziemniaczane, z pestkami dyni – fantazja nie zna granic. Można powiedzieć, że zanim świat wymyślił chipsy, Węgrzy mieli swoje pogacze.

W samych początkach naszej przygody z Węgrami dostałyśmy z Sylwią bardzo fajny, bo prosty przepis na pogacze od zaprzyjaźnionego księdza Pawła, z którym chodziłyśmy na kurs węgierskiego. Udanie robiłyśmy je w Warszawie. Jakiż był mój zachwyt, gdy parę dni temu natknęłam się w internecie na ten sam węgierski przepis, ale podany w o wiele ciekawszej oprawie. Dobrze nam znane pogacze w kształcie wielkanocnych zajączków.

nyuszi pogacsa

Źródło: finomreceptek.com

Sylwii nie musiałam długo namawiać. Robimy! Przepis oczywiście podaje, bo jest banalnie prosty:

25 dkg mąki

25 dkg twarogu

25 dkg masła

1 łyżeczka soli

Składniki wymieszać. Ser biały wszystko jedno czy w grudkach, czy zmielony. Ja lubię półtłusty i raczej w grudkach, on się i tak w cieście rozpływa, ale tworząc mniej jednolitą fakturę. Masło zastępuję margaryną, ale lepiej jej nie wyciągać wcześniej z lodówki, tylko pokroić w kostkę. Ciasto należy szybko wyrabiać, bo jak tłuszcz się zbyt rozgrzeje, to cała masa zacznie nam płynąć w rękach. Sól można dodać albo nie, nie ma to wpływu na proces pieczenia, a jedynie na smak. W przepisie nie ma błędu: nie dodaje się jajek, drożdży ani proszku do pieczenia.

Dopiero przy zagniataniu ciasta zdałam sobie sprawę, że pracują te mięśnie rąk, których zazwyczaj nie używam.

Dopiero przy zagniataniu ciasta zdałam sobie sprawę, że pracują te mięśnie rąk, których zazwyczaj nie używam.

Zagniatamy wszystko razem. Ciasto rozwałkować (na ok. 1 cm grubości), złożyć, znów rozwałkować. Powtórzyć proces trzy razy. Podsypywać mąką, ale bardzo oszczędnie, żeby nie zdominowała ona serowego smaku. Wszystko na tempo, bo przez obecność tłuszczu ciasto zaczyna się lepić do wałka, do stolnicy. Mnie wałkowanie trochę dziwiło (w sensie: po co?), ale rzeczywiście ciasto staje się bardziej aksamitne, pulchne.

Moją stolnicą jest kuchenny blat, a wałkiem butelka po winie. Ale przecież serce się liczy!

Moją stolnicą jest kuchenny blat, a wałkiem butelka po winie. Ale przecież  w każdej kuchni serce się liczy!

I teraz są dwie drogi. Z rozwałkowanego ciasta (na ten rzeczony 1 cm) można kieliszkiem do wódki wykrawać krążki. Chodzi o to, by po upieczeniu mieć ciasteczka na jeden kęs, a to ciasto wbrew pozorom urośnie, zwiększając swoją objętość mniej więcej o połowę. Na blachę kładziemy papier do pieczenia (z podanej ilości wychodzi ok. 60 pogaczy, po 30 na dwie blachy, w rzędach 5×6 – nie mogą być bliżej siebie, bo one naprawdę rosną), układamy pogacze, smarujemy żółtkiem rozrobionym z 1 łyżeczką śmietany, żeby się ładnie zbrązowiły. Można posypać kminkiem, makiem, tartym żółtym serem albo gruboziarnistą solą – jeśli nie posoliliśmy ciasta.

Jeśli jednak chcemy uzyskać króliczki jak z obrazka, należy po rozwałkowaniu ciasto znów uformować w kulę i odrywając od niej po kawałku lepić nieco spłaszczone kulki wyglądem przypominające przepiórcze jajka. Potem dużymi kuchennymi nożyczkami pod sporym kątem nachylenia należy króliczkom wycinać uszy. Oczy lepiej robić zapałką niż wykałaczką (trzonkiem zapałki, nie główką z siarką!). Ogonki to moja prywatna inicjatywa – nacinałam dupkę nożykiem, a potem paluszkami formowałam kitkę. Jak wspominałam, trzeba się z tym trochę spieszyć, żeby zajączek nie rozpłynął nam się w rękach, ale generalnie ciasto jest wdzięczne to tego typu prac. Bardzo przypomina plastelinę i jeśli ma się samemu zdolności manualne albo zdolne manualnie dzieci – zabawa gwarantowana.

Wycinanie uszu wcale nie jest łatwe - pierwszy delikwent raczej przypominał spasionego kota.

Wycinanie uszu wcale nie jest łatwe – pierwszy delikwent raczej przypominał spasionego kota.

nyuszi pogácsa 4

Tu już udało się zbliżyć do pożądanego efektu.

nyuszi pogácsa 5

Zaczyna się praca taśmowa – im mniejsze “jajeczka”, z których się potem wyklują zajączki, tym tak naprawdę lepiej.

nyuszi pogácsa 6

Sylwia formowała kulki, ja nacinałam uszy, potem Sylwia robiła im oczka, a ja wycinałam ogonki.

nyuszi pogácsa 7

Jednak czasem złapać króliczka też dobrze.

nyuszi pogácsa 8

Zajęcze burdello bum-bum. Trochę z powodu braku miejsca trzeba było łączyć się w pary.

Pogacze wkładamy do rozgrzanego do 200 st. C piekarnika na 30 minut. Lepiej nastawić na grzanie góra-dół niż na termoobieg, żeby nam zające zbytnio nie wyschły. Dla amatorów tradycyjnych kieliszkowych kształtów wskazania są te same. Po 15 minutach powinny zacząć pachnieć i wtedy warto kontrolować stan przybrązowienia. Ciasto szybko nie jest surowe, tylko pogacze lepiej wyglądają i smakują, jak są ładnie przypieczone. Z mojego doświadczenia wynika, że górna blacha jest szybciej do wyjęcia, a dolną należy przełożyć w jej miejsce i jeszcze 10 minut dopiec.

Tu już towarzystwo posmarowane i częściowo posypane kminkiem, bo nie każdy lubi.

Tu już towarzystwo posmarowane i częściowo posypane kminkiem, bo nie każdy lubi.

A króliczki? Szczerze mówiąc, to myślałam, że będzie gorzej. Choć Sylwia się strasznie śmiała, że seks w solarium jest bardzo męczący…

Ryknęłyśmy śmiechem, bo choć urocze (i smaczne!) króliczki odbiegają od pierwowzoru.

Ryknęłyśmy śmiechem, bo choć urocze (i smaczne!) króliczki mocno odbiegają od pierwowzoru.

nyuszi pogácsa 11

Ten chłopaczyna najwyraźniej się trochę zmęczył i klapnięte uszko ma. Zdrożony z imprezy wraca.

nyuszi pogácsa 12

Co tam alkohol – popatrzcie jak seks wykańcza!

nyuszi pogácsa 13

A seks grupowy jakoś mniej – siły się rozkładają? Ja w każdym bądź razie mam pociąg do króliczków…

 


Między nami jaskiniowcami

Ileż ja to słyszałam o jeziorze jaskiniowym w Tapolca. No jest. Jaskinia. Kto nie wiedział jaskini??? W jaskini jest woda. To też rozumiem. Można tam sobie popływać łódkami. Co, ja łódką nie pływałam?! Pływałam – a jednak wszystko było inaczej.

Nie mam atencji do obiektów z gruntu turystycznych. Zawsze wydają mi się przereklamowane. I nie palę się, żeby je odwiedzać. A jak już dotarłam do Tapolcy to tylko ochy i achy. Przede wszystkim nie sądziłam, że to jest tak duże miasto. No ok, tylko 15 tys. mieszkańców, ale na węgierskie standardy to dość sporo. I nie sądziłam, że cała Tapolca jest dosłownie „zryta” kanałami podwodnych jaskiń. Zagłębiłam się zatem w te niezwykłe labirynty.

barlang 1

Na tym przekroju dobrze widać, jak pod miastem Tapolca rozpościera się miasto jaskiniowców.

Wejście do jaskini w Tapolca jest dość niepozorne. Niebrzydki skądinąd obiekt jakoś ginie w tle otaczających go budynków. Już po wejściu wrażenia są o wiele ciekawsze. Nowoczesne kasy, wejścia, obsługa. Nawet zimą nie brak turystów i nie trzeba czekać więcej niż 5 minut na uformowanie się 15-osobowej grupy do zwiedzania.

vvv

Wystawa nie jest ogromna, ale bardzo ciekawie rozplanowana.

Część wystawienniczą zwiedza się z przewodnikiem. Wystawa jest interaktywna, bogata w eksponaty. Wszystko jest opisane po węgiersku, angielsku i niemiecku. Przewodnik mówił po węgiersku, na pewno można zamówić go w innych językach. Ale nie jest do końca potrzebny. Można sobie samemu dać radę. Znaczy bardzo profesjonalny, jednak próbuje przekazać milion informacji na minutę i znajomość danego języka obcego nie ma tu nic do rzeczy. W części wystawienniczej najfajniejsze są filmy w 3D.

kk

Świetna ekspozycja na europejskim poziomie. Węgrzy mają się czym chwalić i umieją to robić.

Chociaż zarządzający jaskinią od wejścia starają się ją przedstawić jako 8. cud świata, niezapomniane wrażenie robi dopiero zetknięcie się oko w oko z dziełem przyrody. Od interaktywnych eksponatów wędruje się w głąb w odmęty prawdziwej jaskini, pokonując schody, schody i schody. Napięcie rośnie, panie coraz bardziej kurczowo chwytają się panów. Aż do samych czeluści.

ááá

Moj Boże, Stefan, my naprawdę będziemy tym płynąć?!

Tu na grupę czekają łódki. I bezbrzeżnie czysta woda, którą wedle zapewnień przewodnika można pić, choć chyba tylko ja się odważyłam. Woda – kryształ. Wejście do łódek nie bez żartów. Znaczy jedni dowcipkują, że to balie. A inni wyraźnie stremowani dopytują o głębokość wody – najwyżej 30-50 cm. Temperatura oscyluje koło 20 st. C – tak wody, jak i powietrza, więc trudno mówić o nieprzyjemnych skutkach wywrotki.

kkk

Ciekawość bierze górę nad niepewnością i chce się wiosłować, byle zobaczyć , co dalej.

Pan przewodnik zapewnia, że w niedzielę wiosłują tylko panie – taki zwyczaj. Niespeszona siadam do sterów. Z racji wzrostu radzi uważać na głowę. Pal sześć wzrost – tu w ogóle należy uważać na głowę! Można ją łatwo stracić. Przepiękne sklepienia, lustro wody pełne refleksów, korytarze, niezwykłe oświetlenie. Po chwili manewrowania w czarownym labiryncie gubi się z oczu łódkę przed sobą, znika też ta za nami. I zostaje czysta magia.

Jeśli gdzieś na ziemi istnieją pełne energii miejsca na styku dwóch światów, Tapolca na pewno jest jednym z nich.

 

Na powierzchnię ziemi wychodzi się oszołomionym. Wszystko wydaje się nierzeczywiste. Ale warto zachować przytomność umysłu, bo jezioro jaskiniowe to nie koniec atrakcji. Dwie przecznice dalej jest jezioro na powierzchni – połączone z całym jaskiniowym systemem. Nad nim zabytkowy młyn, wokół pięknie zagospodarowany park, a w wodzie całe rzesze rybek. Zdjęcia dopowiedzą resztę.

barlang 7

Cztery pory roku. Od lewej: wiosna, lato, jesień.

barlang 8

Jezioro jak z bajki, domki jak z bajki. Można wręcz zwątpić w realność własnego istnienia.

barlang 9

Ryby – o ile dobrze zrozumiałam – mnożą się w jaskini, ale żyć już wolą bliżej słońca.

barlang 10

W krystalicznie czystej wodzie znaleźć można puszki po napojach, całe mnóstwo drobnych śmieci i nawet telefony komórkowe. Słów brak.

barlang 11

A to jest woda na młyn naszych możliwości.

barlang 12

Skojarzenia mam bardzo obok tematu i raczej niecenzuralne, więc nie napiszę nic.

barlang 13

Przy zdjęciu młyna mostek było widać w tle. Uroczy. Moda na kłódki dla mnie trochę niezrozumiała, ale na Węgrzech dość powszechna.

 


Grand Budapest Hotel – naprawdę grand!

Po prostu tego mi było trzeba. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki odzyskałam wiarę w przemysł filmowy, w młodych twórców, świetnych aktorów i nawet w Oscary. Jeśli taki obraz zbiera 9 nominacji i dostaje 4 statuetki, to nawet pomyłkę z „Idą” wybaczę Akademii.

W „Grand Budapest Hotel” jest wszystko, czego oczekuję od kina. Śmiech, wzruszenie, magia. Brawurowo zbudowany klimat i historia na granicy jawy i snu. Kino jest bajką, powinno nią być. Trochę jak u Felliniego, choć twórców balansujących na krawędzi rzeczywistości wymieniać można długo.

Cały film jest tak apetyczny jak ten hotel przypominający truskawkowy tort.

Cały film jest tak apetyczny jak ten hotel przypominający truskawkowy tort.

Nie sięgnęłam nagle teraz po GBH (pozwólcie, że tak skrócę bohatera tego wpisu), bo rozsławiły go Oscary. W Siófok film grali bardzo krótko, umknął mi. I wtedy nie za bardzo żałowałam, bo choć moją uwagę przykuł tytuł – nie ukrywam – i imponująca obsada, to zwiastun ma mało przekonujący. Opisy fabuły były jeszcze mniej zachęcające. Ja rozumiem, że trudno opisać tak pokręconą historię, choć na węgierskim wydaniu dvd udało się to dość zabawnie.

Tak, film nabyłam w promocyjnej cenie w Tesco, m.in. z polskim lektorem i napisami, co mnie niezwykle ucieszyło, bo wyrafinowany humor w wersji węgierskiej nie zawsze jeszcze jest dla mnie w pełni czytelny. Do seansu zasiadłam z zaciekawieniem, ale bez przekonania. Inna rzecz, że w ogóle miałam marny humor i wydawało mi się, że nie jest to mój dzień. O, to zdecydowanie był mój dzień, a na pewno wieczór! Dawno się tak dobrze nie bawiłam.

Zobaczyć w opisie "lengyel" i to dwa razy, to niemal jak szóstka w totka.

Zobaczyć w opisie “lengyel” i to dwa razy, to niemal jak szóstka w totka.

Chciałabym chwalić wszystko i zaraz stanie się to nudne. Z plejady oczywistych zatem zachwytów powiem tylko, że scenografia to majstersztyk. Najbardziej mi się podoba górska kolejka. Zarówno linowa, jak i zębata. Wszystkie Oscary zasłużone, a nominacje uzasadnione, ale scenografia urzekła mnie najmocniej.

Hamując litanię achów, zastanawiam się, jak niezwykłym przedsięwzięciem było zgromadzenie na jednym planie filmowym tylu gwiazd. GBH mi się tak podobał, że jak nigdy obejrzałam wszystkie dodatki. Aktorzy mówią rzecz jasna o niezwykłej atmosferze, o wyjątkowości reżysera, ale najbardziej znamienna jest chyba wypowiedź Saoirse Ronan, młodziutkiej 20-letniej aktorki, która gra ukochaną jednego z bohaterów. Otóż przyznaje ona, że jak dostała scenariusz do ręki i zaczęła czytać, że Ralph Fiennes, Adrien Brody, Willem Dafoe itd., to pomyślała, że to kilka scenariuszy różnych filmów, że niemożliwe, żeby oni wszyscy brali udział w jednej produkcji. A potem, jak już została ustalona obsada, reżyser zaprosił ich na wspólną kolację. I dziewczyna miała okazję widzieć, jak przy jednym stole Bill Murray dyskutuje o filmach z Harvey Keitelem i w tym już była magia. Cóż się więc dziwić, że potem możemy ją czuć na ekranie?

Na jednym z portali społecznościowych wyraziłam opinię, że „Ida” to popłuczyny po polskiej szkole filmowej (miałam tu głownie na myśli sposób narracji znany z filmów „Pociąg” Kawalerowicza czy „Nóż w wodzie” Polańskiego). Zrugał mnie serdeczny przyjaciel, że popłuczyny to za mocne słowo. Czemu do tego wracam? Bo w GBH też znajduję inspirację albo odniesienia do innych tytułów. Najświeższe to „Anna Karenina” (reż. Joe Wright) – równie dekoracyjna, oparta na podobnej powtarzalności aktorskich ruchów, Jude Law prawie do nas z niej mruga. Na pewno w poetyce i humorze „Delicatessen”. Można też znaleźć podobne pomysły i spojrzenie na świat u Woody Allena. Dlaczego zatem GBH to nie są popłuczyny? Gdzie przebiega ta cienka linia?

 

Skojarzenia z "Anną Kareniną" same się nasuwają.

Skojarzenia z “Anną Kareniną” same się nasuwają.

Trudno dać na to pytanie jednoznaczną odpowiedź. Ale pokuszę się o tłumaczenie. Popłuczyny są wtedy, jak film nic nowego nie wnosi do sztuki filmowej, powiela klisze. Autor się naoglądał arcydzieł i myśli, że też tak umie. W przypadku „Idy” pewnie umie, tylko co z tego? Inspiracją jest oglądać arcydzieła i kombinować, jak można to jeszcze inaczej, mądrzej, bardziej pomysłowo rozegrać. Przyjąć punkt wyjścia, a pójść w innym kierunku, szukać wciąż nowych ścieżek. A wręcz rozwinąć formułę i przerosnąć prekursorów.

GBH się to udało zdecydowanie. „Anna Karenina” bardzo mi się podoba i powątpiewałam, czy coś mi ją w tej konwencji przebije. A tu taka niespodzianka! GBH jest inny, mniej teatralny, dowcipniejszy, bardziej dynamiczny. Ale nie umiem powiedzieć, czy pierwsze było jajko czy kura.


Poznaj swój kraj, czyli wycieczka za miasto

Wciąż budzi zdziwienie fakt, że ja nie chcę jeździć do Polski. Powodów jest wiele, ale jednym z nich jest to, że ja naprawdę Polskę dobrze znam. A Węgry wciąż bardzo słabo. Jak więc trafi się wolna chwila, chętnie wypuszczam się z Siófok, by lepiej poznać okolicę. Dzisiejsza moja trasa to Sifok-Zamárdi-Tab-Daránypuszta-Iregszemcse-Nagyszokoly-Magyarkeszi-Felsőnyék-Szabadhídvég-Mezőkomárom-Lajoskomárom-Enying. Powrót: Enying-Dég-Lajoskomárom-Mezőkomárom-Szabadhídvég-Nagyberény-Som-Ságvár-Siófok.

Zrobiłam 150 km. Pogoda słoneczna, ale mgliście na horyzoncie, +10 st. C. Żałuję, że nie wszędzie tam, gdzie okolica aż się prosiła o zdjęcie, mogłam się bezpiecznie zatrzymać. Mam jednak nadzieję, że klimat wycieczki moim foto-story oddam.

W pola, na łono przyrody - byle dalej od miasta.

W pola, na łono przyrody – byle dalej od miasta.

wycieczka 2

Za małym dzielnym Peugeotem w tle charakterystyczna sylwetka wieżowego zbiornika na wodę.

wycieczka 3

Węgierskie wioski są zadbane, ale bez austriackiego porządku, a przez to urokliwe.

wycieczka 4

Nawet w najmniejszej mieścinie są dwa kościoły: katolicki i reformowany. Na wieży tego drugiego dostrzec można zazwyczaj gwiazdę lub buławę.

wycieczka 5

Wciąż z górki i pod górkę. Malowniczo.

wycieczka 6

Wszędzie już bardzo czuć wiosnę. Przyroda tylko czeka, żeby pożegnać się ostatecznie z zimą.

wycieczka 7

W okolicach Balatonu jest mnóstwo stawów rybnych, a wokół nich nie brak charakterystycznych wędkarskich budek.

 

Takie Mazury. Tylko fajniejsze przez tę pagórkowatość.

Takie Mazury. Tylko fajniejsze przez tę pagórkowatość.

wycieczka 9

Czasem można spotkać nieco wolniejszych użtkowników drogi.

wycieczka 10

Czasem trzeba zboczyć za potrzebą i ma się toaletę z widokiem.

wycieczka 11

Według mnie to owoce dzikiej róży.

wycieczka 12

Zbiornik z wodą zapewnia jednakowe ciśnienie wody dla całej okolicy.

wycieczka 13

W mojej wyprawie przekroczyłam też Sió, czyli rzekę wypływającą z Siófok, a ściślej mówiąc – z Balatonu.

wycieczka 14

Znów widok na dwa kościoły, tym razem w Mezőkomárom.

Widok na Sió w stronę Balatonu.

Widok na Sió w stronę Balatonu.

wycieczka 16

A po drugiej stronie mostu jest już Szabadhídvég. Dzielny Peugeot przycupnął na zakręcie.

wycieczka 17

To już droga na szczyt Nagyberény, gdzie jest źródło wody termalnej. Na wyżej położonych stokach wciąż leżą resztki śniegu.

wycieczka 18

Leczniczą wodę z Nagyberény dostarcza się beczkowozami m.in. do Parku Wodnego Galérius w Siófok.

wycieczka 19

Na horyzoncie najlepsza na świecie palinkarnia w Daránypuszta.

wycieczka 20

Co i rusz na drzewach widać było ptasie drapieżniki, ale żadnego nie udało mi się “upolować”.

wycieczka 21

Że to popularne tereny łowieckie, najlepiej świadczą liczne ambony.

wycieczka 22

A w Siófok tłumy – dobrze, że stamtąd dziś uciekłam.

wycieczka 23

Na parkingu w porcie z trudem można było znaleźć wolne miejsce.

 


Barbi pyta o Viktora

Zacznę od tego, że ja tak średnio interesuję się polityką. Nigdy nie chciałam zostać dziennikarzem politycznym, sprawy tak polskie, jak i węgierskie bardziej interesują mnie na poziomie obywatela i tego, co mówi ulica. Fakt, że mieszkając na Węgrzech, stałam się trochę uważniejsza, bo często dostaję pytania o jeden i drugi kraj, gdyż Węgrzy Polski też są ciekawi.

Dziś do tablicy wywołała mnie Basieńka (po węgiersku Barbi) następującym pytaniem: – Kasiu, nakreśl w wolnej chwili, jaki jest stosunek Węgrów do Orbana? Popierają go istotnie? Są za zbliżeniem z Rosją?

Nakreśliłam, a potem pomyślałam, że upublicznię. Ale to jest cały czas list do znajomych ciekawych mojej opinii, a nie profesjonalny głos w politycznej debacie:

Jasne, że polskich mediów nie mam możliwości w pełni śledzić – tyle, co wyczytam w internecie – ale z Viktorem sprawa nie jest taka prosta, jak jest to z reguły przedstawiane.

Nie wiem, ile wiesz o najnowszej historii Węgier, nie pogniewaj sie, jeśli będę mówić o sprawach dla Ciebie oczywistych, ale bez krótkiego wstępu nie da się zrozumieć, skąd się w ogóle Viktor wziął na dzisiejszej scenie politycznej.

Węgry nie miały swojego Balcerowicza. Po upadku socjalizmu władze tak naprawdę przejęła lewica, która wręcz rozgrabiła narodowy majątek. Dyrektor huty im. Lenina stawał się z dnia na dzień jej prywatnym właścicielem. Jednocześnie cały czas utrzymywali opiekę socjalną na wysokim poziomie, żeby ludzie nie marudzili. Reszta puszczona na żywioł. Wiem, że u nas też się krytykuje proces prywatyzacji, ale w odniesieniu do Węgier, to przeprowadziliśmy go wręcz modelowo. Nie udało się uniknąć błędów, ale to był margines, a nie norma. No i były ostre cięcia budżetowe, za które do dziś tak nie cierpią Balcerowicza, ale tylko dzięki temu, co ten facet odważnie i konsekwentnie przeprowadził, nie łupnął nas prawie w ogóle ostatni wielki kryzys, który przetoczył się przez świat i Europę.

A w Węgry, których gospodarka po okresie przemian była tak naprawdę farsą, kryzys walnął z całych sił. Nic dziwnego, że rząd socjalistów z Gyurcsánym na czele upadł z hukiem (to słynne “kłamaliśmy w dzień i w nocy”). Wtedy na scenie pojawił się Orbán Viktor. Nie tak, że to był jego debiut. Viktor jest 6 lat młodszy od Donalda Tuska, zaczynali podobnie, w 1989 r. mieli odpowiednio 26 i 32 lata. Obaj związani byli z kręgami konserwatywno-liberalnymi. Jak się patrzy na ich zdjęcia z tamtych czasów, to aż się śmiać chce – takie chłopaczki. Ale jeden i drugi doczekał się swojej wielkiej chwili. Tyle że Tusk się zrobił bardziej liberalny, a Viktor bardziej konserwatywny.

Ja bym od siebie dodała, że Tusk się wyrobił, zmądrzał i stał się dojrzałym, rozsądnym politykiem, umiejącym patrzeć w przyszłość, a nie na doraźne sukcesy. A Orbán to populista, bardzo liczący na aktualne zyski – swoje i swojej partii. Nie jestem entuzjastką Tuska, ale szanuje go za jego pracę.

A więc pojawił się Viktor i w 2010 r. bezapelacyjnie wygrał wybory. Nie dlatego, że jest cudowny. Socjaliści byli skreśleni, a alternatywy specjalnie nie było. Jest partia liberalna, która się nie liczy. I skrajna prawica. Węgrzy byli zmęczeni, w kraju naprawdę było źle, a Viktor obiecywał, że ze wszystkim zrobi porządek.

I co by nie mówić, zaczął te porządki robić. Wyprowadził kraj z kryzysu, pospłacał długi, a jednocześnie zaczął się stawiać Brukseli i gnębić międzynarodowe koncerny i banki rozpanoszone na Węgrzech. Naprawdę w porównaniu z Polską banki są rozpanoszone, opłaty są za wszystko i to horrendalne, a konkurencja jest fikcją. Ja też się cieszę, że choć trochę im śrubę przykręcają. A Węgrom działania Viktora się podobają i nie podobają.

Nie podobają się cięcia budżetowe i na opiekę socjalną. To się nigdzie żadnemu społeczeństwu nie podoba (tudzież uprzywilejowanym grupom). Ale trzeba pamiętać, że Węgrzy są w tych kwestiach dość dobrze rozbestwieni. Kádár János rządził od ’56 do ’88 roku, ponad 30 lat – cóż to jest w porównaniu z jedną dekadą Gierka. A na Węgrzech było jeszcze większe rozpasanie, pełne sklepy, wczasy, samochody. Nad Balatonem podczas wakacji tradycyjnie spotykały się niemieckie rodziny z RFN i NRD rozdzielone przez system. Możesz sobie wyobrazić, jakim strumieniem płynęły tu zachodnie marki? Ludzie do dziś wspominają, jak to im się żyło jak w raju i na wszystko było stać. Żadnemu politykowi na gruncie tak bajecznych resentymentów łatwo rządzić nie jest.

To, że Viktor stawia się Brukseli, to się podoba. Węgrzy są zachwyceni, jak Polska twardo negocjuje z UE, tylko my jesteśmy dużym krajem i mamy nieporównywalnie większą siłę przebicia. Ale cieszą się też z Tuska, że jest przewodniczącym Rady Europejskiej, bo on się lubi prywatnie z Viktorem (obaj grają w piłkę :))) i mają nadzieję, że Donald będzie ich wspierał na arenie europejskiej. Węgry pewnie cały czas mają ten kompleks Trianon, że kiedyś były mocarstwem, a teraz im ktoś chce dyktować warunki.

Romans z Putinem z tej węgierskiej perspektywy ma jeszcze zupełnie inne oblicze. Trzeba pamiętać, że Węgrzy nienawidzą Rosjan. Nie ma w tym ani krztyny przesady. Polska niechęć do wschodnich sąsiadów jest… no właśnie, prędzej niechęcia niż szczerą nienawiścią. A jednocześnie Węgrzy nie mają takiej typowo polskiej dumy, że choćbym miał umrzeć, to się do wroga nie przymilę. Zważ, że Węgrzy zjednoczyli się z Hitlerem w nadziei na odzyskanie swoich utraconych ziem. I tak nie byli wobec niego lojalni i pomagali Polakom. Ale to mi się wydaje typowo węgierskie. Cel uświęca środki. Czemu nie wykorzystać sytuacji, jak można samemu coś na tym ugrać?

Wydaje mi się, że Putina traktują tak samo instrumentalnie. Jeśli można z nim dobić korzystnych targów, to to zrobią. Jak przy okazji UE się będzie bała, że Węgry zwracają się na Wschód, to tym lepiej. Oni już i tak robią niezłe interesy z Chinami – jako jedyne Państwo w Europie dają wizy Chińczykom (z tego, co mi wiadomo). Przyjęli inną taktykę – nie bronią się, bo co ma się bronić 10-milionowy kraj. Negocjują, jak równy z równym i w jakimś sensie jest to godne podziwu.

Czy Węgrzy są za zbliżeniem z Rosja? Wspominałam, że węgierską turystykę, zwłaszcza region Balatonu, najsilniej kiedyś napędzali Niemcy. Od paru lat tendencja się odwraca – znikają Niemcy i Austriacy, a przyjeżdżają głównie Polacy i coraz liczniej Rosjanie. A razem z Rosjanami nieprawdopodobne pieniądze. Chyba zacznę sobie przypominać rosyjski, bo coraz częściej się mnie o to pytają. Za zbliżeniem do rosyjskich portfeli każdy jest – jeśli tylko będą płacić i napędzać gospodarkę. I uwierz mi, że moi balatońscy sąsiedzi nie roztrząsają, czy Putin jest dobrym człowiekiem.

A stosunek przeciętnego obywatela do Orbána jest coraz gorszy. Najważniejsze porządki w kraju już dało się zaprowadzić, teraz ludzi złości, że raz przyciśniętego pasa nikt nie zamierza popuścić. Paroma projektami Viktor się spektakularnie podłożył (jak choćby opodatkowaniem internetu, z którego się w końcu wycofał). Teraz od 1 stycznia horrendalnie opodatkował produkcję palinki. Działa nerwowo i robi czasem z siebie głupka, a szukanie pieniędzy weszło mu w krew. Ja osobiście miałam go za trochę bardziej inteligentnego, a wygląda, że Viktor jest jednak pazerny na kasę i władzę. Mam nadzieję, że nie skończy jak Berlusconi.

Na razie Viktor najbardziej przypomina mi natchnioną w Duchu Świętym HGW, czyli prezydent Warszawy. O Hance też jest mnóstwo memów w necie – podobnego kalibru, co o Viktorze. I wiele osób nie odmówi, że umie miastem zarządzać, choć podejmuje też takie decyzje, że za głowę się złapać. Ale nie ma sensownej alternatywy, co pokazały ostatnie wybory. Przecież warszawiacy nie wybrali Hanki, bo ją kochają, tylko kogo do cholery mieli wybrać?! I może ona jest skuteczna jako polityk, ale tak po ludzku jest czasami głupią babą.

Znamienne – to już z pogranicza psychologii – że na HGW i na Orbána społeczeństwo mówi po imieniu. Mimo wszystko w swych głupotach zdają się być ludzcy i w pewnym sensie “nasi”, oswojeni, znajomi. Śmiejemy się z nich, ale to nie jest wróg, trochę wręcz z nimi sympatyzujemy. Może i lekceważymy, umniejszamy, ale cały czas pobrzmiewa ta nuta koleżeństwa (jednak Wałęsa był Wałęsą, nie Leszkiem – nie że wróg, ale chyba z szacunku dla zasług, a Kaczyński jest Jarkiem – nie z przyjaźni, tylko właśnie tak trochę protekcjonalnie). Świetne wykłady z retoryki miałam na studiach z prof. Bralczykiem, który uczył nas wyłapywać takie rzeczy.

Ale teraz weź mi spróbuj powiedzieć, że ja jako warszawianka kocham HGW! Piany na ustach bym dostała. Znamy Warszawę i jej problemy, wiemy, dlaczego ma takiego, a nie innego prezydenta. To takim samym idiotyzmem jest imputowanie Węgrom, że są zapatrzeni w Viktora.

To jest oczywiście moje zdanie i to w dużym uogólnieniu, bo Viktor ma swoich zagorzałych zwolenników, jak i takich, dla których jest kompletnie nie do przyjęcia. Ja raczej więcej się po nim spodziewałam. Robi z siebie oszołoma, zupełnie niepotrzebnie. I trudno powiedzieć, że ma złych doradców, bo on się ich ponoć i tak kompletnie nie słucha. Podobnie nie jestem za ani przeciw PO, ale na pewno bardzo daleko mi do PiS, a SLD się skończyło. Węgierska scena polityczna jest równie nieciekawa jak polska – nie ma na kogo głosować.

A, jeszcze jedno – naszych premierów jeszcze coś łączy. Otóż tak jak Donald Tusk miał dziadka w Wermahcie, tak matka Viktora Orbána jest ponoć Cyganką. A pomysł, że Węgrami rządzi prawicowy Cygan ma ten sam kaliber, co wyobrażenie sobie wygranych u nas wyborów przez Peruwiańczyka Stana Tymińskiego. Zdaje się, że już Platon mawiał, że demokracja to rządy głupców. Czasem trudno się nie zgodzić.


Św. Andrzej zalajkował

Nie wiem, jak Wy, ale ja uwielbiam andrzejki. Po pierwsze, każdy powód jest dobry, żeby poimprezować. Po drugie, spinają piękną klamrą cały zabawowy listopad, który zaczyna się imieninami mojej przyjaciółki Sylwii, ma potem w sobie trochę świąt okolicznościowych, mknie przez moje (Kasi) imieniny, by właśnie Andrzejem zakończyć z przytupem. Po trzecie, andrzejki pełne są magii z przymrużeniem oka – takiej, jaką najbardziej cenię.

Mówcie, co chcecie - to jest fajny zwyczaj i więcej w tym czaru niż w walentynkach.

Mówcie, co chcecie – to jest fajny zwyczaj i więcej w tym czaru niż w walentynkach.

Na Węgrzech nie ma tradycji wróżb andrzejkowych. Bratankowie patrzą na mnie trochę z rozbawieniem, ale i sympatią, jak opowiadam, że lałam wosk. Taki ze świeczek. Przez klucz na wodę. Bo to przepowiada przyszłość. Przecież nie zaniecham raptem dlatego, że się przeniosłam 850 km na południe?!

Gotowanie świeczek dla większości społeczeństw jest jednak anomalią.

Gotowanie świeczek dla większości społeczeństw jest jednak anomalią.

Ostatnimi laty siłą rzeczy wróżyłam sobie w samotności, ale ponieważ Sylwia jest już na stałe na Węgrzech, mam w końcu nieodzowne towarzystwo. Przystąpiłyśmy zatem obie do stosownych działań, przygotowując artefakty i budując nastrój – częściowo przez zapalenie świeczek, które nie szły na przetopienie, a w dużej mierze przez opróżnianie butelki wina.

To zdjęcie jest zaprzeczeniem dziennikarskich talentów, bo nie ma na nim ani świeczek, ani wina. Tylko ta reszta, która trudniej Wam sobie wyobrazić.

Na tym zdjęciu nie ma ani świeczek, ani wina. Tylko ta reszta, którą trudniej Wam sobie wyobrazić.

Ja lałam wosk jako pierwsza i wyszła mi… truskawka? Sylwii – kompletny okrąg (świat, pieniądz, koło). Zawsze warto drugim rzutem poprawić. Sylwia ulała Węgry (lub świnię, albo głowę diabła). Ja jabłko. Albo po odwróceniu do góry nogami – dupę.

W skupieniu - co też los przyniesie.

W skupieniu – co też los przyniesie.

Co najmniej, jakby się warzyły tajemne mikstury.

Co najmniej, jakby się warzyły tajemne mikstury (albo ważyły losy świata).

Generalnie przyszłość powinnam wiązać z przetwórstwem owocowym (palinkarnią?). Chociaż ta dupa też mi się podoba. Nawet bardzo mi się podoba. Sylwia będzie siedzieć na pieniądzach (na Węgrzech, ale nie na dupie), a i świnka to symbol dobrobytu. Plus konszachty z diabłem…  Jak się dobrze dopatrzyłyśmy u siebie nawzajem, to jeszcze wyszły nam rybki, byk, tajemnicze postacie i słoń z grubą trąbą. Wszystko na pieniądze albo dużą energię seksualną, bo mam taka książkę – sennik, co prawda, ale przecież tłumaczy symbole – i ten sennik absolutnie każdą rzecz sprowadza do seksu. Posiłkowałyśmy się więc literaturą fachową i było jeszcze śmieszniej.

Najpierw się wyczytało...

Najpierw się wyczytało…

...a potem trzeba to jakoś dopasować.

…a potem trzeba to jakoś dopasować.

Jabłuszko i truskaweczka - bogini przetwórstwa owocowego.

Jabłuszko i truskaweczka – bogini przetwórstwa owocowego.

Przyznać jednak muszę, że lanie wosku to świetna gimnastyka dla mózgu. Zabawa w niekończące się skojarzenia jest przednia i bardzo stymulująca. Już pal sześć te wróżby i czy się spełnią, jednak wieczór pełen śmiechu z przyjaciółką, to rzecz nie do przecenienia. Szczególnie, jak Sylwia nagle oznajmia, że pędzimy po gyrosa, bo umiera z głodu. Gyrosa mamy 50 m od domu, Sylwii wróżby się z miejsca spełniły, bo do zamówienia dostała gratis od firmy dwie baklawy.

Tu w końcu są wspomniane świeczki i wino.

Tu w końcu widać wspomniane świeczki i wino. Baklawy też, jak się ktoś umie przyjrzeć.

Temat andrzejkowych tradycji wciąż nam się przewijał. A to tak tylko w Polsce? Wygląda, że tylko w Polsce, choć coś tam próbują wywodzić ze starożytnej Grecji. W Szkocji to ogromne święto, ale o wróżbach ani słowa. I tak sobie konwersujemy, świeczka na stoliku się pali, odbija się w wygaszonym ekranie telewizora… i daje odbicie krzyża św. Andrzeja. W kolorach tęczy!

Ten "cud" jest w pełni wytłumaczalny. Co nie zmienia faktu, że chce się w takie cuda wierzyć.

Ten “cud” jest w pełni wytłumaczalny. Co nie zmienia faktu, że chce się w takie cuda wierzyć.

Święty ów został ukrzyżowany na krzyżu w kształcie litery „x” (niektóre źródła podają, że głową w dół). Stąd znaki drogowe na przejazdach kolejowych są popularnie nazywane krzyżami św. Andrzeja.

Wróżę sobie w andrzejki od niepamiętnych czasów, a pierwszy raz mi się zdarzyło, żeby święty patron tak chciał przypieczętować swoją obecnością wydarzenia wieczoru. Ani chybi, wyda nas za mąż hurtem. Za milionerów i sadowników.


Follow

Get every new post delivered to your Inbox.