Każdy mówi po węgiersku

Zawsze się śmiałam z moich węgierskich przyjaciół, że znają przynajmniej jedno słowo po polsku, sami o tym nie wiedząc. Zdumionym triumfalnie rzucałam: „kurwa”! Znaczy dokładnie to samo, tyle że Węgrzy nie używają tego wyrazu jako przecinka. Za przecinek robi „pierdol się”, co według mnie jest przekomiczne. „No i wiesz, pierdol się, on wtedy mi mówi, pierdol się, że nie chce ze mną gadać, pierdol się, to mu pierdolnąłem, pierdol się.” – tak brzmi przykładowa wypowiedź węgierska z cyklu tych bardziej wyluzowanych.

Wiadomo, że od sąsiadów „pożycza się” różne słowa. Dopóki nie zaczęłam się uczyć węgierskiego, moim ulubionym odkryciem był „wichajster”. Z niemieckiego „wie heisst er?”, czyli „jak się to nazywa?”. Tak ponoć mówili polscy robotnicy, pracujący w Niemczech, na każdą część maszyny, której nie umieli nazwać.

Z Węgrami w sumie też przed wiekami graniczyliśmy, ale że to sąsiedztwo mogło zaowocować tyloma wspólnymi wyrazami… Nie, no ja rozumiem, że alkohol rozwiązuje języki, a w dodatku nie masz wina nad węgrzyna… Z tych zamierzchłych zapożyczeń bardzo podoba mi się hejnał. Po węgiersku „hajnal” (czyt. hojnol) to świt. A o świcie grano pobudkę. „Juhas” brzmi już mniej zaskakująco. „Juh” to owca, „juhász” – czytany dokładnie jak w polskim, pisownia tylko jest inna – to pasterz owiec. Spotkałam się też z opinią (ukłony dla Magyorka), że nasze „serwus” wzięło się z węgierskiego. W sumie nie ma chyba w żadnym innym języku takiego pozdrowienia. Tyle tylko, że u nas to była raczej przejściowa moda, a na Węgrzech „szervusz” (czyt. jak w polskim) trzyma się nieźle, ma nawet slangowe modyfikacje, jak „szevasz” (czyt. sevos), co można przyrównać do naszego „sie ma” albo „siemanko”.

Traktor to po węgiersku nie żaden "mezőgép", jak możnaby się spodziewać, ale po prostu traktor.

Ale do diabła z etymologią – może kiedyś wydam słownik słów polskich pochodzenia węgierskiego – dziś bardziej pochłonięta jestem ogarnianiem tego upiornego języka na poziomie komunikacji. Popsuł mi się wentylator w samochodzie. Silnik się gotował, chłodnica nie chłodziła. Tłumaczę  przyjacielowi Węgrowi, w czym problem. Zabijcie, skąd ja niby mam wiedzieć, jak jest po węgiersku wentylator?! Wzbijam się na wyżyny mego intelektu i próbuję dookoła. Bo jak silnik pracuje, to jest gorący. I trzeba, żeby był chłodniejszy. To to, co masz z przodu, to chłodnica. A tam jeszcze jest takie, co się kręci, żeby powietrze było…

- Ventillátor!

Od tej pory, zanim się zabiorę za skomplikowane tłumaczenia, mówię po polsku. A nóż widelec jest tak samo. Często jest – częściej, niżbym kiedykolwiek przypuszczała.


Parówką w Nowy Rok

Sylwester na Węgrzech wiąże się z paroma zwyczajami – może nie jakimiś odległymi dla nas, ale czasem zabawnymi.

Przede wszystkim trzeba robić huk. Mnóstwo huku, żeby przegnać Stary Rok. Poszłam na kiermasz pod wieżę ciśnień. Trąba trąbą trąbę pogania – wszystkie oczywiście marzeniem każdego dziecka. I chmara tych dzieciaków trąbiących jak oszalałe… Ogłuchnąć można, ale jakoś serce rośnie, że na bank te ubiegłoroczne smutki zwieją od tego hałasu.

Jak to na jarmarku: peruki, maski i zalew kiczu po przystępnych cenach.

A idź ty, Stary Roku!!! Może jestem mała, ale cię przegonię!

Trąbkę kupiłam sobie skromną – taką, co jak się dmuchnie, to piszczy i się rozwija. Dowiedziałam się później, że zwana jest tutaj „językiem teściowej”. A poza tym zaopatrzyłam się w 12 baloników. Tak że niby zgodnie z liczbą tego nadchodzącego. Wróciłam do domu i zaczęłam dekorować „salę balową”. To mam po mamie – nieważne, czy imprezowałyśmy gdzieś poza domem, czy do nas przychodzili goście – mieszkanie zawsze tonęło w balonach i serpentynach, a na lustrze szminką moja mama pisała noworoczne życzenia.

Oto "język teściowej". Zwinięty, żeby nie powiedzieć, że trzymany za zębami...

Boję się dmuchać balony, bo nieraz któryś mi podczas dmuchania strzelił, co nie jest zbyt miłe. Tym razem się udało dmuchnąć towarzystwo z sukcesem. Rozwiesiłam wszystkie po pokojach. Huk. Pierwszy strzelił u mnie w sypialni. Pal go sześć. Idę się malować. Huk. Kolejny strzelił w salonie. Hmm… Chińskie gówno. Wymalowana nakrywam do stołu. Huk tuż nad moją głową. Aż podskakuję. Ja rozumiem, że na Węgrzech należy z hukiem przeganiać Stary Rok, ale może nie przesadzajmy?! Straty na dzień dzisiejszy wynoszą 5 sztuk, czyli niemal cofam się w czasie do 2007…

To chiński mocarz. Jego dwaj koledzy już go opuścili. W zasadzie, to zrobili go w balona.

Poszłam na zakupy. Oczywiście po szampana i parówki. Długo nie mogłam się dowiedzieć, czemu na Węgrzech w sylwestra obowiązkowo je się parówki. Ze wszystkich przepytywanych węgierskich znajomych tylko jeden był w stanie udzielić mi sensownej odpowiedzi. Bo kiedyś było tak, że aby zapewnić sobie obfitość w nadchodzącym roku, to na sylwestrowym stole lądowały mięsiwa najróżniejszych rodzajów. Dziś niewiele osób ma kucharzy, służbę, więc tą namiastką „rozmaitości” są parówki, które lepiej nie wiedzieć, co zawierają, ale na pewno wszystko.

Obowiązkowe węgierskie menu sylwestrowe. W miseczce słone wafelki serowe - takie tutejsze chipsy.

Zaś w Nowy Rok obowiązkowo trzeba zjeść soczewicę – to gwarantuje bogactwo i pomyślność. Z soczewicy można zrobić zupę albo – i to była moja opcja – potrawkę, wzbogaconą na przykład parówkami. Jeśli są sylwestry urządzane dajmy na to w hotelach, to po północy wjeżdża właśnie taki specjalny noworoczny bufet z soczewicą w roli głównej.

W ciągu dnia poszłam sobie nad Balaton. Pogoda przepiękna, więc mnóstwo spacerowiczów. I mnóstwo trąbiących dzieci.  Ten 2011 zwiewa, aż się za nim kurzy…

Na siófockim molo tłumy. Nie brak też - jak zawsze -wędkarzy.

Trąbię, trąbię, trąbię do utraty tchu...

Susza daje się we znaki także w Siófok. Rzeka Sió niemal wyschła. Prezentuje się marnie, a pachnie jeszcze gorzej.

I tylko Balaton jak zawsze zachwycający. Nieważne, czy w tym, czy w innym roku.

Imprezować zaczęliśmy u mnie, a przed północą poszliśmy na koniec siófockiego molo.  Nigdy nie byłam entuzjastką spędzania sylwestra na ulicy, ale tu podoba mi się wyjątkowo. Temperatury są o wiele bardziej sprzyjające niż w Polsce. Węgrzy się po alkoholu nie awanturują, co najwyżej rzucają się sobie na szyję życząc wszystkiego, co najlepsze. Każdy balatoński hotel urządza swój pokaz fajerwerków i z reguły nie robią sobie konkurencji, czyli jeden skończy, drugi zaczyna. Tym sposobem sylwestrowa kanonada trwa dobre 40 minut.

Widoczność była doskonała, więc w blasku sztucznych ogni spowity był także przeciwległy brzeg. A nad nami pochylało się rozgwieżdżone niebo. Czyż można lepiej powitać Nowy Rok? Niech się Wam wszystkim szczęści i powodzi! Boldog Új Évet Kívánok!


Polska Wigilia nad Wielką Wodą

Muszę przyznać, że w Warszawie przestawałam lubić święta. Zapchane galerie handlowe, kolejki w Tesco, korki na ulicach, ludzie z obłędem w oczach kompletnie odarci ze świątecznej atmosfery. Do tego służbowe „śledziki”, kakofonia kolęd i zatrzęsienie fałszywych Mikołajów. I to tak co najmniej od początków listopada. Jak już się siadło w końcu za tym wigilijnym stołem, to w zasadzie człowiek marzył tylko o tym, żeby się to wszystko wreszcie skończyło.

W Siófok z powrotem odnalazłam sens świąt. To jest moja druga Wigilia nad Balatonem, ponownie samotna. Ja wiem, że wiele osób mi współczuje, ale dlatego też postaram się opowiedzieć, co takiego fascynującego jest w tym świętowaniu na węgierskiej obczyźnie.

Kartki od najbliższych - takie prawdziwe - to chyba najładniejszy prezent w dzisiejszych elektronicznych czasach.

Węgrzy obchodzą Boże Narodzenie. Jest choinka, prezenty, które tutaj przynosi Jezusek, a nie św. Mikołaj. Jest Wigilia, choć nie wszyscy wówczas poszczą. W niektórych domach je się zupę rybną, w niektórych sandacza, a w innych indyka. Także Węgrzy też muszą zrobić zakupy. A jednak wygląda to tak normalnie – nie ma tego biegu i polskiego „zastaw się, a postaw się!”. Owszem, jest kryzys, ale nie sądzę, żeby to z tego wynikało.

Do Tesco pojechałam zawczasu, żeby nie stać potem w znanych mi z Warszawy kolejkach. Ale i tak w przeddzień Wigilii okazało się, że czegoś tam zapomniałam, coś się skończyło i muszę jechać jeszcze raz. Westchnęłam ciężko i pojechałam. No byli ludzie, kupowali (i wcale im się nie wysypywało z koszyków – cóż za niespodzianka!), a przede mną do kasy były 2 osoby. Pani kasjerka nie padała na twarz, tylko z uśmiechem życzyła „wesołych świąt”, każdy z każdym gadał i się czuło, że ludzie naprawdę szczerze sobie wymieniają te serdeczności. Pod Tesco sprzedawali choinki, a obok na kupkę odkładali odcięte gałązki, które można było sobie wziąć za darmo, z czego z radością skorzystałam, komponując sobie bożonarodzeniowe drzewko.

Za choinkę robi mi w Siófok fikus - uważam, że bardzo trafiony pomysł na południu Europy.

W Wigilię do południa poszłam pospacerować nad Balaton. Poziom wody jest rzeczywiście bardzo niski. Pierwszy raz udało mi się obejść zakończenie siófockiego molo po zewnętrznej stronie barierki! I tak stojąc tuż nad tą Wielką Wodą miałam niepowtarzalną okazję do pomyślenia o wszystkich moich bliskich, do podsumowania roku, jakiejś refleksji nad życiem. Wiem, że to strasznie patetycznie brzmi, ale w tej ciszy i spokoju można odnaleźć istotę i magię świąt.

Balaton odkrył umocnienia molo, więc można przejść po zewnętrznej bandzie. Mało rozsądne, ale kręcące!

W takich warunkach naprawdę można poczuć, co jest ważne na tym świecie... Oczywiście miłość!

Ten pomnik nazywa się "Balatoński wiatr". Pakują go na zimę w kondom, ale balatoński wiatr za nic ma takie zabezpieczenia.

Zdążyłam się wyszykować, uprasować biały obrus i zacząć wigilijne przygotowania, gdy oto dzwonek do drzwi. Sąsiedzi z życzeniami i talerzem węgierskich wypieków domowej roboty. Prawdziwie mnie wzruszyli. Weszli, usiedliśmy przy kieliszku winka. Ciasta nie chcieli, bo to oczywiście dla mnie (Petiego mama piekła), ale mogłam się zrewanżować częstując ich domowymi pogaczami (to słone ciastka będące na Węgrzech tradycyjną zagryzką do wina). Te zaś dostałam od swojego wspólnika jako załącznik do gwiazdkowego prezentu, a robiła je mama Maciego – jego przyjaciela. Ach, te węgierskie mamy!

Rolada makowa i orzechowa, makowe i miodowo-orzechowe przekładańce, pierniczki i ciasteczka.

Węgierskie pogacze pod polską choinką.

Pogadaliśmy o polskich i węgierskich tradycjach świątecznych, złożyliśmy sobie życzenia i gdy pożegnałam mych gości, zaczęłam szykować wigilijną kolację. Ja tam się trzymam tradycji, nie jestem katoliczką, ale jestem Polką. Zrobiłam sobie śledzie (polskie, w oleju, kupione w siófockim Tesco – ach ta cudna globalizacja!), więc wystarczyło posiekać cebulkę i polskie smaki gwarantowane. Bols (oczywiscie też polski) już zmrożony. I ugotowałam sobie barszczyk z torebki (ten już przywieziony onegdaj z Polski). Także wypas. Wśród otrzymanych ciast jest coś na kształt naszego makowca, więc prawie jak w domu. Kompotu z suszu mi tylko brakuje – śliwki i figi kupić można, ale zgapiłam się, żeby ususzyć jabłka i gruszki.  Zaś na Boże Narodzenie  mam polską kiełbasę żywiecką, którą można tu kupić w Lidlu (ta globalizacja naprawdę potrafi się przydać!).

Tak zastawionego wigilijnego stołu każdemu życzę - nie tylko na obczyźnie!

Za uszka robiły mezzelune, bo jako jedyne były z grzybami - w odróżnieniu od tortelli ze szpinakiem i ravioli z serem, wybitnie pasujących do barszczyku.

Naprawdę wyglądały apetycznie, wręcz z ziemi włoskiej do Polski...

Śmiałam się sama z siebie, ale trzeba umieć sobie radzić, czyż nie?

Efekt końcowy był lepszy niż się spodziewałam. A może tylko w tym rzecz, że swoje już zdążyłam wypić?

W tym roku byłam chyba wyjątkowo grzeczna, bo z prezentami było naprawdę na bogato. Dostałam kieliszki do wina (to od mojego wspólnika, który zna moje zamiłowanie do trunków i filozoficznie stwierdził: „tego nigdy dość, bo zawsze się jakiś stłucze”). Dostałam genialny podręcznik do nauki węgierskiego „Gyakorló magyar nyelvtan/A practical Hungarian grammar” (to kupione w imieniu mamy i babci). Sama sobie sprezentowałam rondel Tefala, bo przecież uwielbiam gotować. A od Árpiego – ach, brak mi słów – dostałam kolejkę elektryczną!!!

Pod choinką kryzysu nie widać - tu jeszcze prezenty przed "rozpakowaniem"...

...a tu już się do wszystkich dobrałam.

Bo ja jestem taka techniczna dziewczynka. Jak byłam dzieckiem, to wszyscy wiedzieli, że żadne tam lalki, tylko samochody, koparki itd. Wszelkie mechaniczne zabawki oczywiście w mig rozkręcałam, żeby zobaczyć, jak działają. A moją ulubioną była właśnie kolejka jeżdżąca w kółko, żelazna, radziecka, nakręcana na kluczyk. Była na tyle „niegniotsa-niełamiotsa”, że nigdy nie zdołałam jej rozebrać na czynniki pierwsze. Kiedyś opowiadałam tę historię Árpiemu, zapamiętał i teraz uparcie szukał po sklepach czegoś na wzór i podobieństwo. Bo jest mnóstwo nowoczesnych modeli kolejek, ale takiej, co to w kółko jeździ, za nic w świecie nie mógł znaleźć. W końcu w jakimś 20. z kolei sklepie z zabawkami sprzedawczyni mówi: „Tak, mamy dokładnie taką, od 3 lat nikt jej nie chce kupić!”.

To jest parowóz, ma węglarkę ze srebrnym węglem i z przodu świeci mu się światełko. Cudo!

Árpi wygnał mnie do sypialni i pozwolił wejść do salonu, dopiero gdy złożył szyny i uruchomił pociąg. Miałam niespodziankę, o jakiej każde dziecko może tylko śnić w święta… Árpi, widząc moją radość stwierdził, że chyba nie był taki zły ten rok, skoro pod choinkę dostałam pociąg. Przypomniałam mu, że rok temu pod choinkę dostałam samochód (przyjaciel odsprzedał mi swoje auto po okazyjnej cenie). Na co Árpi: „To za rok co? Chyba samolot! Nie mogłaś od roweru zacząć?!”. Jeszcze statek przede mną. Zważywszy na tę Wielką Wodę koło mnie.


Adwent kiermaszem stoi

Na głównym placu Siófok tradycyjnie rozłożył się adwentowy jarmark. Tuż koło wieży ciśnień ustawiona została okazała choinka. Obok zaś stanęły budki z wszelkimi możliwymi prezentowymi drobiazgami. To w sumie fajny pomysł, bo na takim kiermaszu naprawdę można znaleźć upominki dla całej rodziny. I jakoś bardziej nastrojowe to zakupy niż w olbrzymich galeriach handlowych. Tym bardziej, że wokół roztacza się aromat grzanego wina i pieczonych kołaczy.

Olbrzymią choinkę do pionu musiał stawiać dźwig, choć i tak wydaje się maleńka przy wieży ciśnień.

W rozlicznych budkach pełno jest uroczych drobiazgów, które w czasach kryzysu mogą być świetnym upominkiem dla najbliższych.

Nie ma też tego biegu znanego mi z polskiej stolicy. Tu nikt się nie spieszy. Dzieciaki przyjdą po szkole, wyjdzie się z pracy w czasie przerwy obiadowej, po południu spotka znajomych i sąsiadów. Każdy ma czas przystanąć i zamienić chociaż kilka słów. Ja też przemierzając jarmark  - inaczej się nie da, bo jest w centrum miasta, zawsze po drodze do banku, sklepu, poczty – niemal zawsze spotykam kogoś znajomego. I wszyscy się uśmiechają, mimo kryzysu i pustki w portfelach.

Nad tą świąteczną, serdeczną atmosferą bez wątpienia czuwa Święta Rodzina.

Na dole przepięknie wyremontowanej wieży ciśnień, której otwarcie tuż-tuż, urządzono niezwykłą galerię – dobudowane przeszklone wejście zdobią fotografie dokumentujące 100-letnią historię tego obiektu. Od początku jej powstania w 1912 r. po dzień dzisiejszy. Naprawdę z głową zrobili całą tą renowację, aż się nie mogę doczekać otwarcia, które ma nastąpić z końcem stycznia przyszłego roku.

Wieża ciśnień zawsze była chlubą i symbolem Siófok.

Teraz, jak ją remontowali, tańczyły wokół niej nowoczesne dźwigi. Jak zobaczyłam to rusztowanie na zdjęciu z czasów budowy, to padłam.

Kolejna rzecz, o której muszę wspomnieć, to szaloncukor, co dosłownie możnaby przetłumaczyć jako „cukierek salonowy”. Są to cukierki tradycyjnie wieszane na węgierskiej choince. W ogóle bez nich nie ma tu choinki. I nie można szaloncukor kupić o innej porze roku, tylko przed Bożym Narodzeniem. Występują w wielu smakach i bajecznie kolorowych błyszczących opakowaniach. Fajnie, że w świecie chińskich bombek i lampek są jeszcze kraje, w których na choince można znaleźć coś jadalnego.

Marcepanowe, pistacjowe, kokosowe, bananowe, orzechowe, cappuccino, wiśniowe... - naprawdę jest w czym wybierać.

A wszystkiemu z góry przygląda się Księżyc, stary lis - idę o zakład, że coś tam sobie podkradnie z tego jarmarku...


Jaz, czyli wyznania grzesznicy

Nie cierpię dyletanctwa. Nie lubię, jak się ktoś wymądrza na tematy, o których nie ma pojęcia. Tym bardziej mi wstyd, jak sama tak robię. A zatem biję się w piersi (a mam w co!). W styczniu pisałam o śluzie na rzece Sió. Głupoty pisałam. Post niniejszy dedykuję mojemu przyjacielowi, który choć jest specjalistą od Wisły, potrafił mi bezbłędnie wytłumaczyć, o co chodzi nad Balatonem.

A zatem w Siófok jest śluza. Ale śluza to śluza – służy do przepływu jednostek pływających, umożliwiając im pokonanie różnicy poziomów wody.  Zaś obok śluzy jest jaz. To on umożliwia przepływ wody, a nie żadna śluza, jak błędnie pisałam. Na swoją obronę mam tylko to, że sami Węgrzy mówią na to śluza, ale każdy, kto ma jakieś pojęcie o hydrologii będzie się łapał za głowę. Proszę się więc łaskawie nauczyć, że jaz to urządzenie służące do sterowania przepływem w konstrukcjach hydrotechnicznych. Po węgiersku jaz to gát. Mostek, który prowadzi do służbowej części portu jest zatem nad jazem, a nie nad śluzą.

Po lewej stronie jest śluza, a po prawej wylot z jazu.

Tu dokładnie widać wylot z jazu, który błędnie nazywałam śluzą. Nad jazem jest mostek do części służbowej portu.

W Kiliti jest zapora i w niej też jest jaz. Oczywiście nie byłabym sobą, jakbym nie pojechała jej pooglądać. Dotrzeć tam można tylko rowerem albo na piechotę, samochodem sie nie podjedzie. Tego dnia zapora była zamknięta, czyli jaz był podniesiony. Ten jaz w Siófok jest regulowany, co oznacza, że można sterować, jaką ilość wody ma przepuszczać, zaś ten w Kiliti może być albo otwarty, albo zamknięty – to już informacje od mojego znajomego strażaka z Siófok.

Po długim kręceniu się po okolicy w końcu udało mi się dotrzeć nad zaporę.

Rzeka w tym miejscu jest dostępna tylko dla pieszych lub dla rowerzystów.

Ale opłaciło się - w końcu na własne oczy zobaczyłam, jak wygląda jaz. To ta metalowa konstrukcja, "klapa", jak by powiedział laik, która jest podniesiona.

Po Sió odbywa się żegluga, choć mój warszawski przyjaciel się dziwił, jak można przepłynąć przez jaz. I po co im ta śluza w Siófok, jak 2 km dalej jest próg na rzece. No najwyraźniej Węgrzy nie takie rzeczy ze szwagrem po pijaku robią. Rzecz jasna zapora musi być wtedy otwarta. Strażak twierdził również, że albo oba jazy są otwarte, albo oba zamknięte.

Na pewno nie ma mowy o żegludze przy tak niskim poziomie wody.

Tu widać wyraźnie, jak działa jaz.

Wspominałam również, że nie wiem, co to średni stan wody. Już wiem. Średni stan wody – to wartość średnia z wielolecia względem określonej rzędnej, będącej tzw. „zerem” wodowskazu. Zero wodowskazu – cytuję tłumaczenie, jakie sama otrzymałam, bo chyba prościej się tego wyjaśnić nie da: „Ciekawość ludzka i zamiłowanie do utrudniania sobie życia nie zna granic, więc już od dawna na rzekach ludziom się nudziło i obserwowali poziom wody, gdyż na rzekach poziom wody się zmienia cały czas. Potem ktoś mądry (a wszędzie taki się znajdzie) zrobił sobie w miejscu codziennych obserwacji tzw. łatę wodowskazową, czyli dechę wbitą w dno z podziałką co 1 lub 2 cm i pilnie zaczął notować codzienne wskazania. I tam, gdzie ta łata miała zrobione 0, przyjmuje się, że jest to zero danego wodowskazu, które następnie jest dość ważną daną w projektach związanych z ochoną powodziową i w lokalnej hydrotechnice, a np. w Warszawie zero wodowskazu było przez jakiś czas odniesieniem dla warszawskiego układu współrzędnych geodezyjnych.”

Proste? Proste jak drut. Tylko trzeba umieć wyjaśnić. A wyjaśniać takie rzeczy blondynce to jest naprawdę wyzwanie.


Zapiekanka z zielononóżki

Wstęp będzie przydługi i na wstępie proszę mi to wybaczyć. Ale na całość złożyło się parę spraw i każdą z osobna muszę wyjaśnić, bo tak to nic nie będzie zrozumiałe.

Bardzo lubię gotować. Bardzo lubię książki. Literatura kulinarna jest w centrum moich zainteresowań, choć niestety nie zawsze – spełnieniem marzeń. Książki, w których się je, są fanscynujące, ale smakowicie opisać konsumpcję nie każdy umie. Wyśmienite są filmy, w których posiłki są pełnoprawnymi bohaterami, a w tym przodują Francuzi. Nie ma w zasadzie francuskiego filmu, w którym by się nie jadło. To nie do pomyślenia, niemal jestem gotowa ogłosić konkurs sms-owy: “Wymień tytuł francuskiego filmu, w którym bohater/bohaterka nie bierze nic do buzi”. Że już o „Wielkim żarciu” nie wspomnę. A książki kucharskie po prostu kolekcjonuję.

Nie napiszę, że to jest węgierski Robert Makłowicz, bo Bereznay Tamás nie jeździ citroenami.

Urodziłam się latem – ja wiem, że to na razie brzmi bez sensu, ale zaraz się wyjaśni – w wakacje, które jako dorosła dziewczynka spędzam z reguły z daleka od domu. Mam zatem z mamą niepisaną umowę, że sama sobie kupuję prezent, który mama refunduje. W tym roku kupiłam sobie książkę kucharską. Pan Bereznay Tamás jest chyba dość uzdolniony, a na pewno znany. W najpopularniejszym tygodniku dla pań, który nosi tytuł „Nők Lapja” ma swoją stała rubrykę. To taki odpowiednik naszej „Kobiety i Życie”, z tym że dobrze przetrwał zmiany ustrojowe i nadal reprezentuje wysoki poziom. Prezetowane tu przez Tomasza pomysły na dania są nowoczesne, ale nie wydumane. Gdy więc zobaczyłam jego książkę „Dzisiejsza kuchnia węgierska”, sięgnęłam po nią bez wahania.

Dosłownie: "Pismo pań". Robione z głową od lat, udanie przeczy stereotypom, że czytelnicy nie chcą tekstu, tylko obrazki.

Tomasz propaguje kuchnię nowoczesną, fajnie podaną, ale przy tym jadalną, co dziś należy do rzadkości.

Jest taki film „Julie i Julia” – ja wiem, że to znowu brzmi bez sensu – o pewnej dziewczynie, która postanowiła przez rok zrealizować wszystkie przepisy z książki kucharskiej niezwykłej Amerykanki mieszkającej swego czasu we Francji, a granej przez genialną Meryl Streep. Jak kupiłam tę książkę Tomasza, to przemknął mi przez głowę podobny pomysł. Ale się hamuję, bo aktualnie nie mam narzeczonego, który by to wszystko zjadał.

To w ogóle nie jest żadne wyzwanie, bo ta książka zawiera tylko 89 przepisów.

Ale ziemniaki na wszelki wypadek ugotowałam.

HelkaTours miała gości, którym udało się załatwić nocleg w pół dnia – wiem, wiem, to się w ten sens zaraz ułoży – a oni mają pensjonat agroturystyczny i w podzięce dostaliśmy 20 jajek od zielononóżek. Podzieliłam się prezentem z moim węgierskim wspólnikiem, dzielnie mu tłumacząc, co to takiego zielononóżka, a następnie zaczęłam rozmyślać, co też dobrego mogę z tych jajek przyrządzić. Stanęło na rakott krumpli, czyli węgierskiej zapiekance ziemniaczanej. I tak przystąpiłam do testowania Tomasza i jego przepisów.

Podczas gdy gotowały się jajka zielononóżek...

...ja cierpliwie obierałam ziemniaki

Wedle Tomasza:

1,5 kg ziemniaków

10 jajek

0,6 l śmietany

0,5 kg wiejskiej kiełbasy

Banał, prawda? Nie do końca. Tomasz uważa, że powodzenie tego dania zależy od jakości kiełbasy i na nią nie należy żałować pieniędzy. Tu się zgadzam. A co do reszty… Jak wspomniałam, uwielbiam czytać książki kucharskie. A potem robię po swojemu. Przepis to ma być inspiracja, a nie biblia. Opiszę precyzyjnie moje mierzenie się z kuchnią węgierską, bo może zachęci to Was do dalszych eksperymentów. Żeby była jasność: rakott krumpli robiłam raz w Warszawie (zniknęło, nawet nie wiem kiedy) i raz w Siófok (nie było kanoniczne, bo dodałam do niego cebulę i strąk papryki, co dopuszczała inna książka, ale mimo to zniknęło, nie wiem kiedy).

Mało feministycznie, ale to tu jest klucz do sukcesu.

A zatem:

- obrane ziemniaki ugotować w osolonej wodzie – ja ziemniaków nie obieram i gotuję je na parze, w mundurkach, nieosolone (wzięłam jakieś 1,2 kg i tak mi 2 ziemniaki zostały), potem obrałam i w plasterki;

Tak wygląda węgierski ziemniak gotowy na poniewierkę.

- jajka ugotować na twardo (zużyłam 8 sztuk, ale te zielononóżkowe są dość drobne) i pokroić w talarki;

Moim skromnym zdaniem każda zielononóżka chciałaby tak skończyć.

- kiełbasę sparzyć, by łatwiej zeszła skórka (zeszła bez problemu, bez oblewania jej wrzątkiem, może moja kiełbasa nie była odpowiedniej jakości?!) – prawdę mówiąc, u mnie kiełbasy było 20 dkg, ale to przecież rzecz gustu, pokroić w talarki, lekko podsmażyć. Taką paprykową wędlinę w Polsce trudno dostać, ale też nie ma sensu wydawać na nią majątek, jeśli nawet gdzieś się dorwie. Ja w Polsce kupowałam toruńską, podsmażałam obficie posypując słodką papryką w proszku i efekt był zbliżony – tylko króciusieńko, bo sproszkowana papryka szybko gorzknieje w wysokich temperaturach, najlepiej na czas procesu przyprawiania zdjąć patelnię z ognia;

Tu w ogóle powinno być: no comments!

Ale sadystycznie pokroiłam...

...a potem podsmażyłam.

- w brytfannie układać ziemniaki, jajka, posolić, kiełbasę, polać tłuszczem, śmietanę, znów jajka, pozostałe ziemniaki (to nie pomyłka w tym zaburzonym układzie, tako rzecze Tomasz), posolić, na koniec polać resztą śmietany i do piekarnika (180 st. C na 40 minut) – mi ta końcówka najmniej się zgadza, a o tym wszystkim szerzej poniżej.

A zatem ziemniaki...

...potem jajka...

...i kiełbasa...

...a całość polewamy śmietaną.

Żaroodporne naczynie wysmarowałam olejem, ułożyłam ziemniaki, posoliłam, bo przecież były niesłone, bo gotowałam je na parze. Popieprzyłam. Ja uwielbiam pieprz i bez niego sobie tej potrawy nie wyobrażam, choć Tomasz nie zająknął się o ani jednym ziarenku. Ułożyłam jajka. Posoliłam i popieprzyłam (czy już wspominałam, że uwielbiam pieprzyć?). Następnie poukładałam talarki kiełbasy i obficie polałam całość śmietaną. Na mój gust mogłaby w to wejść podsmażona cebulka, choć zostałam dokształcona, że w wersji ortodoksyjnej absolutnie nie. Nie powstrzymałam się jednak od zejścia na złą drogę. Sypnęłam szczyptę lubczyku i majeranku oraz vegety, do której przekonałam się dopiero na Węgrzech – stosowana w laboratoryjnych dawkach potrafi udanie „podbić” smak dania. A warstwę śmietany posypałam tartym żółtym serem. Od żółtego sera jestem uzależniona, w zasadzie tylko wódki nie umiem pić z żółtym serem. Potem znów były ziemniaki, jajka, kiełbasa – ostatnią warstwę polałam tłuszczem wytopionym z kiełbasy – śmietana, ser i tak skończyłam.

Śmietana ma tutaj 20% - to odpowiednik naszej 18-tki, takie wesołe węgierskie rozpasanie.

Całość dobrze jest polać paprykowym tłuszczem...

...a na wierzchu znów przykryć śmietaną. Jeśli ktoś lubi - to także tartym żółtym serem.

Taka zapiekanka to nihil novi. Można ją ulepszać, modyfikować po swojemu. Łatwo ją zrobić w wersji wegetariańskiej. Nawet z makaronem, według mnie, jeśli ktoś nie lubi ziemniaków. Istotą są jajka obficie podlewane śmietaną, jakkolwiek erotycznie to zabrzmi. Ale czyż jedzenie nie jest na wskroś erotyczne? Eksperymentujcie i róbcie po swojemu!

En face wygląda tak.

A tak wygląda z profilu.


Mimozami jesień się zaczyna

Jak dla mnie jesień w Siófok zaczyna się sadzeniem bratków w Jókai parku. Wykopują co delikatniejsze roślinki i w to miejsce sadzą bratki. Ja myślę, że to wszystko mówi o tutejszych zimach. Chyba że jest jakaś nieznana mi syberyjska odmiana bratków.

Liście trochę zaczynają się żółcić i złocić, częściej pada, robi się mgliście i nastrojowo. Ale wciąż ciepło, przynajmniej jak na polskie standardy. Dziś specjalnie dla Was jesienny komiks znad Balatonu.

Burza zieleni za oknem zdaje się nieuchronnie przemijać.

Pociągi leniwie zmierzają do celu...

...na podwórku coraz więcej liści...

...a senna aura udziela się nawet cherubinkom.

Jest dość mgliście...

...choć wciąż dość ciepło...

...a Lwy kochają, jak jest ciepło!

Siófockie ogrody z daleka...

...i z bliska.

I niemal gotowa wieża ciśnień.

 


Niezłe jaja!

Węgrzy uwielbiają festiwale, zaś Siófok to nie tylko stolica Balatonu, ale i stolica festiwali. Tu niemal co weekend coś się dzieje i żadne tam zamknięcie sezonu, tylko się bawimy do upadłego – chyba dlatego tak dobrze mi się tu mieszka.

Centrum Siófok wypełniło się festiwalowymi gośćmi.

W każdy drugi piątek października obchodzony jest Światowy Dzień Jaja – szczerze, ja pierwszy raz o takowym usłyszałam dopiero w Siófok. A szkoda, bo idea tego święta bardzo do mnie przemawia, o wiele silniej niż Dzień Chłopaka. Wręcz wyznam bezwstydnie, że jestem entuzjastką jajek.

Jajka były wszechobecne, także w postaci balonów.

Węgrzy, by jajka uczcić należycie, organizują w Siófok Festiwal Jajek. Impreza trwała od piątku do niedzieli (14 – 16 października 2011) i w tym roku była o tyle wyjątkowa, że inaugurowała właśnie oddane do użytku zmodernizowane centrum miasta. Festiwalowe budki zajęły bardzo dużo miejsca – chyba jeszcze nigdy nie widziałam tu tak rozległego festiwalu – ale też było upiornie drogo (hot-dog 500 Ft czyli 7,50 zł). Więcej niestety oglądających niż kupujących. Jak się dowiedziałam za miejsce wystawiennicze za trzy dni trzeba było zapłacić 80.000 Ft (1230 zł). Cóż, żeby taka kwota się zwróciła, dobrze się trzeba było nagimnastykować…

Szczęście imprezie najwyraźniej miał przynosić kominiarz.

Dobra sprzedawane na festiwalu, prócz wszechobecnych jajek – absolutnie fantastyczne! Ja oczywiście pasjami uwielbiam wszelkie gadżety nawiązujące do jedynych prawdziwych Węgier, ale dużo było po prostu pomysłowych, fajnych, z fantazją wymyślonych rzeczy.

A zatem tacka w jedynym słusznym rozmiarze.

Jajka artystyczne...

...oraz jajka jadalne.

Porządne węgierskie miotły...

...możliwość zrobienia w jajo dziecka...

...niepowtarzalna okazja do kupna huńskiej czapki...

...lub też torebki Hungarotonu.

Wieczorami były koncerty, oczywiście za darmo. W piątek Charlie, w sobotę Bikini – nie robiłam zdjęć, bo po ciemku to słabo wychodzi, a tak naprawdę to zrobiło się dość chłodno, zaś moje metody walczenia z temperaturą powietrza nie sprzyjają dobrej fotografii. Zainteresowanym polecam zajrzenie na youtube. A od siebie jeszcze tylko dodam, że nie są to zespoły najmłodsze, ale z zacną historią i na żywo brzmią o wiele lepiej niż na płytach.

Co tam koncerty, te zdjęcia zrekompensują Wam wszystko!

Biografia Horthy Istvána, syna Miklósa i studium o Cyganach.

Skarpetki prawdziwego patrioty.

I według mnie niekwestionowany hit, koszulka z napisem: Jestem starszy niż Słowacja.

Ale było i co wypić...

...a także - co zjeść.

Nie zabrakło prawdziwie węgierskich produktów...

...a dla zmarzniętych - również grzanego wina.

Absolutnym clou programu było niedzielne bicie rekordu Guinnessa w przygotowaniu dania z największej liczby jaj. Rekord był tym bardziej szczególny, że było to ulubione danie Franciszka Liszta, którego rok jest obecnie na Węgrzech obchodzony, bo 22 października przypada 200. rocznica urodzin sławnego kompozytora. Daniem był gulasz z jajek (cebula, papryka i pomidory podsmażone na smalczyku, do tego jajka na twardo i na koniec kulki mięsne). Do przygotowania tego specjału zużyto 8.450 jajek. Po 80 kg papryki, cebuli i pomidorów. Kucharze byli ubrani na czarno (pod białymi fartuchami) w hołdzie dla Liszta, który bardzo chciał zostać księdzem i ponoć się tak nosił przez większość życia. Smaczne, chociaż jak mam być szczera, to na kolana nie rzuca. Ale Liszt się ponoć kochał w jakiejś niezbyt urodziwej pani, słowem bezguście, kulinarne także.

Jajcarski rekord Guinnessa ku czci Liszta.

Bicie rekordu zaczęło się o godz. 10, a choć większość składników była wcześniej przygotowana, to ich łączenie trwało do godz. 12. W międzyczasie publiczność była zabawiana różnymi anegdotami i opowieściami, z których cytuję najsmaczniejsze: – Odwieczny dylemat, co było pierwsze: jajko czy kura? Oczywiście kogut!

Mimo wstępnych przygotowań sporo było krzątaniny nad jajecznym gulaszem.

Kucharze dbali, by należycie doprawić danie.

Publiczność zaś pilnie śledziła ich poczynania.

A, i jeszcze gościem honorowym był Fin, który ma knajpę na Węgrzech – jak prowadzący parodiowali język fiński, tego nie oddam, coś jak: kulla lulla lakollul ajo falakullol. Kapitalne, bo przecież oni są z tej samej grupy językowej, tyle że ani słowa nie rozumieją (tak Węgrzy po fińsku, jak i Finowie po węgiersku). Ja mawiają Węgrzy: jak ich plemiona przyszły do Europy zza Uralu, tak mądrzy poszli na południe, a głupi na północ.

Fin z małżonką mają restaurację Akáctanya w Újlengyel, co tłumaczyć można jako Nową Polskę, nomen omen.

Na zakończenie zaś hasło, które przemówiło do mnie na wskroś, w zasadzie powinno być sztandarowym hasłem Festiwalu Jajek, jego kwintesencją i esencją z racji swej głęboko zawartej i jakże prostej prawdy. Ja mogłabym w ogóle nic więcej o tym festiwalu nie napisać, jak tylko, że: „W domu zawsze powinny być dwa jajka”.

Jajeczny gulasz Franciszka niemal gotowy.

Pora zatem na przemówienie pana burmistrza.

A potem jajeczne balony mogą frunąć do nieba.

Zaś obywatele spokojnie mogą się oddać konsumpcji.

I ja nie omieszkałam, rzecz jasna.


Diabelsko zacny demon

No wiem, znów zanudzam literaturą. Ale co ja poradzę, że kocham książki. I pociągi. W Siófok na szczęście mieszkam koło stacji i te śmigające składy mam na co dzień, przez okno.

Do rzeczy: „Demon ruchu i inne opowiadania”, autorstwa Stefana Grabińskiego (wyd. Zysk i S-ka, 2011) to pozycja fantastyczna, a dla każdego miłośnika kolei – obowiązkowa! Ja nie specjalnie lubię horrory, to się pewnie bierze z tego, że moja babcia zawsze powtarza, że należy się bać ludzi, nie duchów i jest w tym głęboka prawda. Ale ta książka wyjątkowo do mnie przemawia. Jest w niej jakiś na wskroś ludzki element, żeby nie powiedzieć, że ludzkie te wszystkie zjawy są.

Książka jest bardzo ładnie wydana, co może w dzisiejszych czasach nie dziwi, ale mnie wciąż zachwyca.

Krytycy literaccy się pastwią, że Grabiński to jakaś Mniszkówna w męskim wydaniu. Może, ja tego tak nie czuję. Niechby większość współczesnych autorów tak operowała językiem ojczystym – nie miałabym nic przeciwko.

A jak to się ma do Węgier? Tak jedynie, że o książce wspomniał w swym felietonie Krzysztof Varga:

http://wyborcza.pl/1,99494,10424120,Powrot_Grabinskiego__czyli_duchy_polskie.html

a jego imiennik, a mój przyjaciel – poznany w pociągu – zrobił mi prezent przysyłając tę lekturę do Siófok.


Gołąbek pokoju

„Na rynku w Krakowie lał konik” – taki to cytat z kultowej audycji „Nie tylko dla orłów” (nomen omen – co się zaraz wyjaśni) przychodzi mi do głowy na myśl o najnowszym obelisku, jaki wyrósł w Siófok.

Obelisk poświęcony jest bohaterom walczącym za ojczyznę podczas I wojny światowej, a na jego szczycie przycupnął turul. O turulu można sobie szerzej poczytać na stronach HelkaTours: http://helkatours.hu/magazine/10

Ja tylko pokrótce wspomnę, że to mityczny węgierski ptak, który nigdy nie istniał, ale jest symbolem narodowych zrywów.

O ile jednak zazwyczaj turul próbuje się prezentować w miarę dumnie, chociażby niby groźnie rozpościerając skrzydła, to ten siófocki ewidentnie przyleciał tu na urlop. Piórka po sobie, cherlawą pierś skwapliwie wytęża do słońca, a znużonym wzrokiem zda się raczej szukać jakiejś przyjemnej knajpy.

Urokom kurortu żaden ptak się nie oprze.

Wedle typologii turyli przedstawionej przez Krzysztofa Vargę w jego książce „Gulasz z turula”, w odróżnieniu od turula bojowego i turula przejściowego (który nie wiadomo, czy ląduje, czy odlatuje), ten nowy w Siófok jest turulem wstydliwym („siedzący skromnie jak kura na grzędzie, z nieśmiało zwiniętymi skrzydłami i zamkniętym dziobem”).

Przyznać też muszę, że Krzysztof Varga ma rację nie tylko w kwestiach ornitologicznych, ale i historycznych: „O ile cały kraj obsypany jest pomnikami i tablicami na cześć bohaterów pierwszej wojny światowej, o tyle następna światowa tragedia nie doczekała się tak licznych bohaterów. Pierwsza wojna światowa była czystą, uczciwą masakrą. Węgierskie męczeństwo za Franza Jozefa i monarchię cesarsko-królewską zaprocentowało układem w Trianon, który do dziś jest największą madziarską traumą, więc zasługuje na armię pomników. Pomniki pierwszej wojny są uhonorowaniem najbardziej brzemiennej w mentalne skutki przegranej. Zazwyczaj są to płaskorzeźby w stylu grottgerowskim: grupa honwedów, z których jeden trzyma sztandar, drugi trąbi, trzeci pada, czwarty już leży, piąty podkręca wąsa, szósty wznosi wzrok ku niebu, a dopiero siódmy usiłuje strzelać.”

W Siófok honwed jest jeden. I raczej wypatruje lasek.

Ustawione wokół pomnika ławeczki przyciągają młodzież. I tak obelisk może stać się symbolem miłości.


Follow

Get every new post delivered to your Inbox.