Author Archives: helkatours

Śliwka w kompot i to podwójnie

Pojechałam na rutynowe zakupy do Tesco. Tesco jest w Siófok czynne całą dobę i może kiedyś doczeka się osobnego wpisu, jako supermarket z automatem do zwrotu wszelkich materiałów wtórnych i różnymi rozwiązaniami nieznanymi mi z Polski.

Lubię wypić. Choć może ładniej byłoby napisać, że jestem koneserem. Do Tesco jeżdżę więc głównie po wino. Ale dziś mnie jakoś wzięło na zwiedzanie alejek z trunkami.

Odkrycie nr 1. Żubrówka. Nie, że się nagle pojawiła na Węgrzech. Jest od dłuższego czasu, aktualna cena za 0,7 l to 3.077 Ft czyli 46 zł. Ale jaka reklama! Tłumaczę dosłownie, zdjęcie poniżej: „Legenda głosi, że ten, kto znajdzie w butelce dwa źbła trawki, będzie mieć szczęście!”

I jak to miło, jak zawsze w obcym kraju, stwierdzić, że polska wódka jest najdroższą na półce.

Zachodzę w głowę, czy i u nas się tak reklamują. A przede wszystkim, czy rzeczywiście co do poniektórej flaszki wkładają 2 trawki???

Odkrycie nr 2. Unicum. Unicum to węgierski zajzajer, a którym już kiedyś pisałam. Ziołowa nalewka o raczej odrzucającym smaku, choć można nauczyć się ją pić. I oto dziś w Tesco odkryłam, że jest nowa najnowsza wersja Unicum – śliwkowa! Napis na butelce głosi, że leżakowała w drewnianej beczce na suszonych śliwkach.

Może to wygląda niepozornie, ale ja mam dużą wprawę do upijania się tym trunkiem. Jak jest godny kompan.

Do odważnych świat należy! Właśnie otworzyłam. Hmmm… Myślałam, że będzie gorzej. To jest jakaś wersja pośrednia pomiędzy Unicum tradycyjnym, a Unicum Next, które jest słodkie i bardziej przypomina naszą żołądkową gorzką. To śliwkowe nie jest słodkie, ale słodycz owoców jakoś łagodzi gorycz tego ziołowego maceratu. Taki „ciekawski” smak, bym powiedziała – ale cóż, żeby skosztować, musicie przyjechać tu na Węgry!


Maj – dla księżniczek raj

Przynajmniej mają z czego spadać – aż chciałoby się dodać. Ale abstrahując od poezji, to maj zda się wymarzoną porą, by odwiedzić Węgry. Tu jest już lato, dwadzieścia parę stopni w cieniu, ale wciąż nie ma takich upiornych upałów, jak bywają w sierpniu (42 st. C).

Każdy region Węgier kusi atrakcjami. Ale ja chciałam zaproponować Budapeszt i to taki zupełnie nietypowy. Bo ja jestem warszawianką i zawsze lubiłam miejsca w centrum naszej stolicy, gdzie można się poczuć jak na majówce. Budapeszt też można odkryć od tej strony.

Punkt pierwszy programu to Városliget, czyli Lasek Miejski. Położony prawie w centrum miasta, tuż obok Hősök tere (czyli pl. Bohaterów) zielony teren pełen atrakcji przywodzi mi na myśl paryski Lasek Buloński, choć chyba panuje tu luźniejsza atmosfera. Bo tu się nie tylko spaceruje, gra w piłkę, jeździ na rowerze, ale i po prostu leży na trawie i opala – i to w negliżu!

W Városliget można całkiem zapomnieć, że jesteśmy w wielkim mieście.

Są bufety, ubikacje toi-toi, jeziorko, gdzie można wypożyczyć łódki, pan z wężem, z którym można sobie zrobić zdjęcie, wypożyczalnie bicykli i niezliczona ilość atrakcji. Centralnym punktem lasku jest Vajdahunyad vára, czyli zamek wzniesiony z okazji milenium w 1896 roku. Ponoć początkowo powstał z dykty i gipsu jako prowizorka, ale tak się spodobał budapesztańczykom, że postawili go naprawdę w kamieniu i cegle. To takie „Węgry w pigułce” – może mały architektoniczny misz-masz, ale prawdę mówiąc wielce udany.

Jeziorko idealnie nadaje się do romantycznych przejażdżek łódką.

Odważni mogą spróbować dosiąść taki oto zabytkowy rower.

Bajkowy zamek stał się wizytówką tego miejsca.

Tuż koło zamku jest mój ulubiony budapesztański pomnik. I ponoć nie tylko mój, tylko znów wszystkich mieszkańców węgierskiej stolicy. Pomnik przedstawia Anonymusa – to można powiedzieć węgierski Gall Anonim, kronikarz żyjący na przełomie XII i XIII w. Legenda głosi, że dotknięcie pióra, które trzyma w dłoni, zapewniać ma pisarską wenę.

Tajemnicza postać Anonymusa przydaje magii temu miejscu.

Niezbyt daleko od Városliget jest budapesztańskie lotnisko. Dlatego leżąc na trawie, można obserwować zbliżające się do lądowania samoloty. Łatwe to nie jest, bo zawsze się jakaś cholera za drzewami schowa, ale frajdy sporo.

Tu cały czas coś się dzieje – tak na ziemi, jak i w powietrzu.

Dla miłośników techniki dodatkowo tuż koło lasku jest Muzeum Komunikacji. Byłam tam akurat w poniedziałek, więc było nieczynne, ale jak dotrę następnym razem, to zrelacjonuję. Wygląda zachęcająco. W bezpośrednim sąsiedztwie lasku jest ponadto lunapark, zoo oraz kąpielisko termalne. O miejsca parkingowe nie tak łatwo, ale do znalezienia. Parking bezpłatny!

Muzeum Komunikacji kusi ekspozycją już od progu.

Tuż obok muzeum ciągnie się spory parking – zapchany, ale rotacja jest duża.

Drugie miejsce, które polecam w Budapeszcie (jak ktoś chce coś tam zobaczyć, ale zbytnio się nie zmęczyć), to Góra Gellérta (Gellért-hegy). Imponująca panorama na całe miasto pozwala obejrzeć większość najważniejszych zabytków z lotu ptaka. Jeśli ktoś nie ma przymusu wewnętrznego, żeby koniecznie wejść do Parlamentu czy Bazyliki Św. Stefana, to wizytą tutaj poczuje się ukontentowany. Na szczycie jest restauracja – nie najtańsza, ale znośna cenowo – gdzie można przysiąść i coś zjeść, wypić. To miejsce jest równie fajne w dzień, jak i w nocy, gdy u stóp mruga rozświetlona węgierska stolica.

Widok z Góry Gellérta jest naprawdę zachwycający.

Jak na dłoni widać też stąd charakterystyczny budynek parlamentu.

A trzecie miejsce na majówkę to według mnie lotnisko. Dobra, zaraz mnie tu już wszyscy pogonią za forsowanie tych technicznych klimatów. Ale ja się boję latać! Naprawdę! Mam zadatki na klaustrofobię, dlatego wolę pociągi, bo jest od biedy hamulec bezpieczeństwa i wysiądę choćby w szczerym polu, jak mi się przestanie podobać. Ale budapesztańskie lotnisko jest fajne. Ma darmowy taras widokowy (przylegają do niego kawiarnie, to wtedy się płaci tyle, co za zamówienie, jak się chce siedzieć przy stoliku). I można sobie patrzeć i fotografować do woli, że ci odlatują, ci zostają…

Z tarasu widokowego można z bliska obserwować ruch na płycie lotniska…

…i pożegnać tych, którzy lecą do domu.


O wyższości koła nad płozą

Co by nie mówić o kryzysie na Węgrzech, region Balatonu ma się dość dobrze, a wręcz muszę przyznać, że przeprowadziłam się w dość burżujskie miejsce. Nie brak tu willi najbogatszych z obywateli , nie też brak zamożnych turystów – na potrzeby całej tej klienteli funkcjonuje lotnisko w Siófok-Kiliti (to dzielnica Siófok, lotnisko jest 5 km od centrum miasta).

Ale jest to lotnisko z długą historią – pierwszy samolot wylądował tu w 1932 r. Potem słynęło z zawodów lotniczych, było bazą wojskową, miejscem szkolenia pilotów, a dziś służy głównie jako lądowisko dla służb medycznych, policji, prywatnych awionetek i lotów rekreacyjnych.

Prywatne samoloty czekają na pasażerów – lot nad Balatonem to niezapomniane wrażenie.

Akurat przejeżdżałam obok, gdy do lądowania zbliżał się helikopter. Już wspominałam, że uwielbiam helikoptery, więc oczywiście skręciłam w stronę lotniska. Na parkingu można spokojnie stanąć, nie można tylko wejść na teren bez specjalnego zezwolenia. Ale żeby pooglądać i porobić zdjęcia – nie ma problemu.

Helikopter jest fascynującą odmianą ważki – patrzeć mogę bez końca, choć latać bym się bała.

Okazało się, że tego dnia mieli szkolenie policjanci. Jak lądować, jak zawracać, jak startować… No i tu dla obserwatora – a przynajmniej takiego laika jak ja – zagwostka: czemu część helikopterów ma kółka, a część płozy?

Policja szkoli się w manewrach, a ja się zastanawiam nad różnicami konstrukcyjnymi…

Zaczęłam w myślach kombinować, że może są przystosowane do lądowania na innym podłożu (akurat całe siófockie lotnisko jest trawiaste, ale jakby się beton zdarzył, to kto wie…). Na szczęście pod rękę mi się nawinął pan mechnik schodzący akurat z płyty. To mówię, żem Polka i w czym mam problem i czy przypadkiem nie wie.

-  A bo to jest tak, że te z kółkami są polskie, a te z płozami są amerykańskie. Jedni sobie wymyślili tak, drudzy inaczej, ale różnicy nie ma żadnej.

Odpadłam. Choć na pewno te z kółkami są lepsze!

Wyższość kółek nad płozami najlepiej dokumentuje to zdjęcie.


Cieniutka mi bądź tej wiosny!

Gdzie się gazety nie otworzy, w internet nie zajrzy, to wychodzi, że wiosną trzeba się odchudzać . Węgierskie media bynajmniej się pod tym względem nie różnią od polskich, a skala absurdalnych porad też jest porównywalna.

Ja też nie jestem ideałem, na zimę zawsze tyję, potem jakoś to gubię, póki podobam się facetom, to innych kryteriów nie mam. Ale wiem, że na każdą przychodzi kryzys, gdy trzeba włożyć letnią sukienkę. I teraz będzie do rzeczy: wiem, że są tysiące diet. Sama nigdy żadnej nie stosowałam (ja potrafię nie jeść przez trzy tygodnie, jak się zakocham, więc to żaden odnośnik do rzeczywistości). Z zawodu jestem dziennikarką. I raz w Warszawie byłam na obłędnej konferencji prasowej.

Rozbujałe zieloności każą myśleć o zrzucaniu odzienia.

Konferencja dotyczyła leków homeopatycznych we wszelkich dolegliwościach dziecięcych. Prelegentem był młody pan doktor. Bynajmniej nie nawiedzony. Że ziółka, czosnek, a dziecinka, choć zionąć nam będzie, ducha nie wyzionie. Nic z tych rzeczy. Raczej w ten deseń, jak współczesną medycynę wspomóc (czasem zastąpić) innymi środkami. Słowem: że przeginka w żadną stronę nie jest wskazana.

Kwitną rajskie jabłuszka, ja też nie chcę być gruszka!

Na koniec konferencji, jak to bywa na końcach konferencji, był czas na pytania. Na sali w 99% znajdowały się panie dziennikarki, średnia wieku w pismach kobiecych, że już o tej tematyce nie wspominając, to mocno +40 lat. Wiem, zaraz się wszyscy oburzą, ale taka jest prawda – młode dziewczyny, jak przychodzą do tego zawodu, to chcą pisać o kremach i modzie, a nie o syropach na kaszel. Ja nie widzę w tym nic złego.

I się te damy rzuciły na pana doktora, bynajmniej nie tak do końca ciekawe, jak ratować zakatarzone dzieciątka, ale z natarczywym pytaniem: „Czy pan doktor tak zupełnie przypadkiem jakiejś dobrej diety polecić by nie mógł?!” . A to wiosna była właśnie…

Pan doktor się wzbraniał, ale przyparty do muru, westchnął głęboko i wygłosił prostą litanię, którą zaraz się podzielę. Powiem tylko tyle, że sama nigdy tego nie stosowałam, bo dla mnie za nudno i nie miałam nigdy aż takiej potrzeby (choć myślę, że łatwo tę bazę jakoś sobie urozmaicić). Dieta dostarcza nie więcej niż 1000 kalorii dziennie, czyli tyle co 500 TicTaców. Pan doktor był ogromnym przeciwnikiem diet, zwłaszcza takich mało urozmaiconych, bo jego zdaniem one nie dostarczają organizmowi tego wszystkiego, czego potrzebuje on na co dzień. Owszem, może chudniemy, ale to zawsze jest cos za coś. I organizm zawsze będzie dążył, żeby sobie te straty jakoś powetować.

Ale w tym przypadku powiedział, że jest to dieta, którą w zasadzie można stosować bez ograniczenia czasowego. Nie jest idealna, ale z punktu widzenia medycznego bliska ideałowi:

-          należy jeść 3 razy dziennie

-          3 razy dziennie po 2 pomidory (bo pomidory mają najwięcej witamin i mikroelementów ze wszystkich warzyw)

-          3 razy dziennie po pół jajka ugotowanego na twardo (bo jajka mają w sobie niemal całą Tablicę Mendelejewa)

-          1 raz dziennie pierś z kurczaka (wszystko jedno, czy smażoną, czy gotowaną – jak kto lubi) – można ją jeść rano (jak ktoś lubi obfite śniadania), a można ją jeść na wieczór (jak ktoś lubi iść spać najedzony)

O winie się pan doktor nie zająknął, ale nie wyglądał na takiego, co by człowiekowi zacnego trunku żałował.

Czyli 3 razy dziennie zjadamy po 2 pomidory i pół jajka, a do posiłku tego o dowolnej porze dołączamy sobie mięso. Pierś z kurczaka można zastąpić rybą, na zdjęciu akurat znalazła się pieczeń, podejrzewam, że nawet schabowy bez panierki by przeszedł. Pewnie można też do tego zjeść sporo sałaty – bez szkody dla organizmu i galopujących kalorii.

Choć miałam uroczego przyjaciela, który mawiał: – Kasia, czy ktoś kiedyś widział kalorie?!


Deptak idzie za kraty

Przepraszam za tę ciszę w eterze, ale pracowicie mi się ta wiosna zaczęła – oby tak dalej! Ja oczywiście obiecuję się poprawić i wciąż na bieżąco informować, co słychać nad Balatonem. A zatem: najświeższe doniesienia z Siófok. Niestety mało optymistyczne…

Nikt nie ukrywa, że kryzys na Węgrzech jest, choć przynajmniej w bogatym balatońskim regionie nie tak odczuwalny, jak to chcieliby widzieć co poniektórzy polscy dziennikarze. Ale i tu szuka się oszczędności albo sposobów na zarobienie pieniędzy. A jak trzepać kasiorę, to wiadomo – na turystach. I tak najsłynniejszy siófocki deptak, czyli Petőfi sétány w sezonie ma trafić za kratki. Dosłownie. Zostanie ogrodzony, a wstęp na niego będzie płatny.

Ta promenada jest wizytówką miasta - wzdłuż szpaleru platanów ciągną się najmodniejsze lokale.

Tym, którzy nie byli w Siófok, wyjaśniam: to jest promenada ciągnąca się wzdłuż Balatonu, pełna sklepików, knajpek, klubów, dyskotek i wszelkich możliwych atrakcji (dmuchane potwory, skoki na bungee , automaty do gry, kasyna). Z niej też jest wejście na główną (płatną!) plażę – dobra, są dwa boczne wejścia, które znajdują się już poza promenadą, ale sam fakt! Promenada w sezonie w zasadzie nie zasypia. Rano w dobrym stylu jest tu usiąść na śniadanie, w ciągu dnia się lansować, wieczorami spacerować, a w nocy porządnie zabawić. Rzeka ludzi non-stop. I teraz ktoś wymyślił, że na tej rzece można dodatkowo zarobić.

Deptak, uśpiony poza sezonem, latem tętni muzyką i roztańczonym tłumem kolorowych wczasowiczów.

Nie muszę mówić, że ceny – czy to w knajpach, czy w sklepach – są na deptaku horrendalne. Czynsze oczywiście też. Ale nie ma takich pieniędzy, których nie można wyciągnąć z kieszeni urlopowicza. Nikt oczywiście nie wie, ile sobie za wstęp na deptak policzą. Czy będą automatyczne bramki, czy zatrudni się ochroniarzy – jedno i drugie kosztuje, ale ochroniarz to też dodatkowe miejsce pracy.

Tu prawdopodobnie już niedługo staną bramki i wejście do raju rozrywki będzie płatne.

Pomysłu nie potępiam w czambuł – od paru lat, by przespacerować się słynną Złotą Uliczką w Pradze, też trzeba zapłacić za wstęp na nią. I pieniądze pewnie idą na renowację zabytków, utrzymanie terenu, marketing miasta. Przy siófockim deptaku też jest trochę zabytkowych willi, jest po kim sprzątać, a promocja regionu zawsze się przyda. Tyle że ten pomysł ponoć krąży tu od kilku lat (więc nie jest tak do końca dzieckiem kryzysu) i wciąż nie może się urodzić, bo wychodzi na to, że będzie nadwyżka – wiadomo, każdy chce zarobić – i tę nadwyżkę wciąż nie wiadomo, jak rozdysponować pomiędzy tych, którzy na deptaku zarabiają.

Zawiłe? Niech będzie na przykładzie: dajmy na to jest dyskoteka, która przyciąga co wieczór 3 tys. osób. I obok jest smażalnia ryb, w której stołuje się dziennie 500 osób. Oba lokale będą wabikiem dla turystów, żeby zapłacili za wstęp na deptak. Każdy z właścicieli chce mieć więc swoja „działkę” z biletów wstępu. Ale jeden generuje lepszy ruch niż drugi. Jak to liczyć, dzielić? A mówimy o kilkudziesięciu dzierżawcach terenu – im więcej tych osób do podziału, tym trudniej o konsensus. To może znów się nie dogadają. A my sobie pospacerujemy za darmo.


Galeria w lesie

Przykro mi to pisać, ale galeria handlowa, która w zasadzie już wyrosła w centrum Siófok, wciąż nie jest otwarta do użytku. Sió Pláza (Sió to nazwa rzeki przepływającej przez Siófok, a pláza to galeria w naszym rozumieniu) miała ruszyć przed Bożym Narodzeniem. Rozsądne to było założenie z punktu widzenia handlowców i klientów. Ale nie wyszło.

Prawdę mówiąc, myślałam – słuchając także krążacych po mieście opinii o wysokich czynszach w tymże przybytku – że nie udało im się zapełnić należycie powierzchni chętnymi do podnajmu. A że styczeń to dla handlu porażka, to tak sobie wydedukowałam, że pewnie chcą do wiosny przeczekać, chętni jeszcze się trafią, ale przecież muszą mieć czas na rozlokowanie się.

Jak wróciłam z Polski, to pognałam do centrum obadać sytuację. Żebym się nie zdziwiła! Zdjęcia marnej jakości, bo robione przez szybę. Ale rozwiewają wszelkie wątpliwości co do tego, kto jest w lesie. Robione w niedzielę, dlatego nie ma żywej duszy (bo mam nadzieję, że tak w ogóle to pracują nad tą wykończeniówką). Ale wierzę, że do otwarcia sezonu zdążą.

Rura rurą rurę pogania.

Niedopita herbatka każe wierzyć, że ktoś jednak te płytki zamierza układać.


Zimne nóżki

Narobili mi smaku na tych wszystkich świniobiciach na zimne nóżki. Więc sama w domu też zrobiłam. Po naszemu, po polsku, co by skonfrontować je z węgierskimi podniebieniami. I co się okazało? Nóżki są ok (zwłaszcza moje nóżki i to bynajmniej nie zimne), ale co to za pomysł, żeby dodawać do nich jakiekolwiek warzywa?!

Fakt, dopiero teraz się zorientowałam, że te w węgierskim wydaniu, które jadłam, to było wyłącznie mięso i galareta. Nikomu też nie przychodzi tu do głowy skrapiać ich cytryną czy octem. Za to są, jak wspominałam, czosnkowe w smaku i posypane słodką papryką w proszku. Dziwi też pomysł wywalania ich do góry nogami z miseczki na talerz – jedzą prosto z miseczki. Ale teraz w sumie rozumiem – po co ten trud, jak nie ma na dnie dekoracji. A ja mam sentyment do tych kwiatków z marchewki, bo moja mama zawsze takie wycina.

Wszystko da się jakoś pogodzić: pod polskie zimne nóżki kieliszek węgierskiej palinki z pigwy.


Pożegnanie z karnawałem

Udało mi się zwiać z Polski przed mrozami. Czyli doświadczyłam w Otwocku -12 st. C, a nie -26 st. C. Nie wspominając już o tym, że potem w nocy spadało do -35 st. C. Ten najstraszniejszy atak zimy przeżyłam więc w Siófok. Wyglądał on tak, że w dzień było -10 st. C, a w nocy dochodziło do -18 st. C. Balaton zamarzł i przestał kursować prom samochodowy na drugi brzeg. A Węgrzy każdą rozmowę zaczynali od tego, że jest potwornie zimno i generalnie: katastrofa! W dodatku spadło ze 20 cm śniegu, co już zakrawało na stan klęski żywiołowej.

Nagle za oknem robi się bajkowo, a dla Węgrów to koniec świata.

W najdalszym planie poprzez śnieżycę przebija się mgliście wieża ciśnień.

Oni się tutaj już trochę przyzwyczaili, że te ich lamenty traktuję z politowaniem, ale i tak te polskie -35 st. C robiło odpowiednie wrażenie. Cóż, tu wyjście w mini przy -3 st. C robi odpowiednie wrażenie, a ja lubię robić wrażenie, zwłaszcza odpowiednie, więc dochodzę do wniosku, że warto było się hartować w polskich zimach całą młodość, by teraz żywiołowo rozgrzewać Węgrów podczas klęsk.

To zasypany skład na bocznicy, ale pociągi cudem jeżdżą. Za to kierowcy uważają, że w takich warunkach nie da się wsiąść za kółko.

Pogoda pogodą, praca pracą, ale karnawał jest od tego, by oddawać się w wolnych chwilach upojnym rozrywkom. Byliśmy zgraną ekipą na kręglach. Od niedawna jest w Siófok bardzo nowoczesne Teke & Bowling Center. Bowling to kręgle, jakie znamy z Polski. A teke to węgierska odmiana kręgli. Nieco mniejsze są kule (jeśli te do kręgli przyrównamy do arbuza, to te do teke są wielkości melona) i nie mają dziurek na palce. Inny jest też rodzaj nawierzchni toru – bardziej laminat niż parkiet. A same kręgle zdają się być lżejsze i w sumie trudniej je strącić, bo przewrócenie jednej czy dwóch – nawet ze środka zgrupowania – wcale nie powoduje, że kładą się pozostałe. W dodatku przeklęta kula rzucona choćby najbardziej perfekcyjnie w sam środek, co to normalnie człowiek otrzepuje ręce i  triumfalnie sięga po łyk piwa, potrafi w ostatnim momencie skręcić totalnie w bok i z gracją ominąć całe towarzystwo z boku, nie wpadając przy tym do rynienki (sic!). Ale i chyba przez to zabawa jest większa – przynajmniej mi się bardzo podobało (choć przegrywałam w wielkim stylu).

Tor do kręgli w odmianie węgierskiej. Jest ich 4, w głębi po prawej widać (wiem, nic nie widać) 2 tory do kręgli bardziej nam znanych.

Na kręgielnię nie można rzecz jasna wejść w butach, w których się przyszło...

...ale można liczyć na gustowne obuwie na miejscu...

...w różnych kolorach i rozmiarach.

Poza tym tradycyjnie już zaliczałam świniobicie. W zasadzie tydzień w tydzień, bo w końcu jest karnawał. Aura sprzyjała, bo dzięki temu, że spadł śnieg można było urządzić kulig po okolicy. I jak zawsze: goście się rozgrzewali  i bawili, a świnkę ćwiartowano i przerabiano na pyszności. Pierwszy raz jadłam węgierskie zimne nóżki – w sumie jak nasze, ale mocno doprawione czosnkiem i posypane… słodką papryką. Pycha!

Temperatura może nie sprzyja pracującym, ale sprzyja procesowi przetwarzania - robota jak w chłodni.

Z niego to raczej kotletów nie będzie.

Towarzystwo rozgrzewa się od wewnątrz palinką, a od zewnątrz koksownikiem.

I na koniec absolutna rewelacja tego karnawału: dostałam w prezencie helikopter! Już chyba wszyscy wiedzą, jak mi zrobić przyjemność (znaczy się na inne sposoby też można…). I że jestem techniczną dziewczynką i jak małe dziecko lubię techniczne zabawki. Helikopter jest cudowny, w polskich barwach, sterowany na podczerwień, ma zasięg do 50 m, ale z powodzeniem można nim latać także po mieszkaniu. Ćwiczę pilnie (bo prosto nim sterować wcale nie jest), by na wiosnę wylecieć pod niebiosa. Czego sobie i Państwu w ostatki życzę!

Maszyna marzeń! Jest po prostu prze-pięk-ny!!!


Otwockie klimaty

To nie jest pomyłka w druku ani nadmiar palinki w krwioobiegu. Nadal pamiętam, że mieszkam nad Balatonem, ale jak odpoczywać – to tylko w Otwocku! Mniej wtajemniczonym podpowiem, że Otwock to miejscowość wypoczynkowa, a wręcz nie bójmy się tego słowa – uzdrowiskowa, położona 34 km od Warszawy. Słynie z pięknych lasów, które rosną, jak lasy; z pięknych dam, które bawią się jak damy i z pięknych zabaw, które zawsze należą do udanych.

Ostatnia impreza grudniowa mnie ominęła. A przyjaciele kusili jak diabli (nomen omen, bo była pod hasłem: „Anioły i Demony”), bym przyjechała choćby na weekend. Później, jak słuchałam relacji, to ckniło mi się niepomiernie – może nie do ich przygód, ale że nie byłam ich naocznym świadkiem… Rzecz cała rozgrywała się w willi na trzech poziomach. Schody w górę, schody w dół, schody, schody, schody… Spadanie z nich po pijaku też nigdy nie wyjdzie z mody. Trup ścielił się gęsto. Ale trafił się jeden bardziej poszkodowany (o ile można być bardziej poszkodowanym od trupa). Towarzystwo otrzeźwiało i załadowało go w karetkę.

Tak, jak stał (a raczej leżał) – czyli w stroju demona. Ponoć pogotowie całość zgromadzenia w przebraniach anielsko-diabelskich wzięli za jakąś sektę, ale pomocy udzielili profesjonalnie, by nieszczęsny bies mógł się napić jak najszybciej, wracając w podskokach na tę pełną upadłości imprezę.

A zatem nie miałam chwili wahania, gdzie mam spędzić swoje krótkie ferie z dala od balatońskiej roboty. Otwock! Było anielsko błogo i diabelnie rozwiąźle. Tylko że nie sądziłam, że moja podświadomość każe mi się tak jednoczyć z tymi czortami. I ja przysięgam, że tego nie planowałam. Lecąc na pociąg do Siófok, spadłam ze schodów…

Jak dotarłam nad Balaton, pognałam do szpitala. Nie byłam w przebraniu, ale i tak patrzyli na mnie, jak na sektę. Potwornie stłukłam sobie rękę. Wygląda szpetnie, ale to, że nic mi nie jest, kazało Węgrom wbudzić podejrzenia o moje konszachty z diabłem. Ja się nie zarzekam, ale nie umiem ich przekonać, że u nas naprawdę jest zimniej i mocniej trzeba się rozgrzewać.

p.s. zdjęć nie będzie, bo musiałyby to być zdjęcia nieapetycznej rączki (którą mam pod ręką), szpitala (którego zdjęć nie mam) lub diabła (który nie lubi się fotografować).

Skłamałam z tym brakiem zdjęć - cudowna droga z Otwocka do Świdra.


Leczo w prezencie

Jak wspominałam, od św. Mikołaja w prezencie pod choinką znalazłam fantastyczny rondel do gotowania. Nadszedł czas, by go wypróbować.

Zrobiłam leczo. To nie jest najlepszy czas na leczo. Leczo robi się pod koniec lata, na początku jesieni – gdy są świeże dojrzałe pomidory i papryka. Wtedy ta potrawa ma największy aromat. Ale na pobliskiej hali targowej nawet zimą można kupić węgierskie warzywa, które wciąż mają smak i zapach, więc wyszło naprawdę przyzwoicie.

Francuski rondel z węgierskim leczo przyrządzonym przez polską dziewczynkę.

Robiłam „leczo” w Polsce. Dziś się czerwienię na samo wspomnienie, choć wszystkim smakowało. Jednak do węgierskiego leczo miało się to tak, jak schabowy do kotleta z indyka w panierce z otrębów. Na Węgrzech też nie ma jednego przepisu na leczo – w każdym domu robi się je w nieco inny sposób. Ale parę fundamentalnych zasad jest i te przekazuję poniżej.

1 kg papryki

3 pomidory

2 cebule

0,5 kg kiełbasy

plaster boczku

3 ząbki czosnku

3 jajka

smalec lub olej

słodka papryka w proszku, vegeta, majeranek, sól, łyżeczka ostrej pasty paprykowej (ewentualnie chili) – wedle uznania

  1. Podstawa to papryka. Żadne holenderskie tri-color. Biała, u nas dostępna krótko jesienią – i wtedy naprawdę warto robić leczo! I to papryka ma w tej potrawie dominować. Ja pamiętam, że w Polsce robi się tak składników po równo: tyle papryki, tyle pieczarek (?! Węgier by padł), tyle pomidorów – nie, pomidory to tylko tło do sosu.
  2. Paprykę kroimy w półplasterki, pomidory w ćwiartki, cebulę w piórka, kiełbasę w plasterki, boczek w kostkę (proszę, na ile sposobów można coś pokroić w języku polskim), a czosnek siekamy (jednak inaczej taki smakuje niż przeciśnięty przez wyciskarkę).
  3. Co do wędlin, to też szkół tyle, co domów. Na Węgrzech można kupić lecsókolbász – kiełbasę doprawioną papryką (tak dla odmiany od wszystkich innych kiełbas doprawianych papryką). Ale bardziej chodzi o to, że nie jest podwędzana, podsuszana. Według mnie toruńska podsypana dodatkową łyżką słodkiej papryki w proszku da radę. Może być sam boczek. Mogą być parówki. Mogą być resztki pieczeni. I oczywiście może być leczo bezmięsne. Z rybą nie próbowałam, Węgrzy tym bardziej nie, ale jak ktoś lubi eksperymenty, to to może się udać.
  4. W rondlu rozgrzewamy tłuszcz. Nie należy go żałować, bo zaraz będzie go „piła” papryka w proszku. Wrzucamy cebulę i boczek. Cebula ma się zeszklić, a boczek zacząć wytapiać. Gdy zaczynają zmierzać do tego celu, dodajemy kiełbasę i czosnek. Jeszcze chwilę wszystko podsmażamy, ciągle mieszając, zdejmujemy rondel z ognia i wsypujemy słodką paprykę w proszku (3 łyżki stołowe). Ja wiem, że ta ilość wydaje się zatrważająca, ale te przemysłowe ilości papryki to kwintesencja kuchni węgierskiej. To ona daje cały aromat. Na marginesie – mój znajomy Węgier, który prowadzi w Warszawie węgierską restaurację, mawia: „Jaka pyszna jest polska kuchnia! Nareszcie coś smakuje sobą, a nie papryką!”. Rondel trzeba zdjąć z ognia, bo papryka w wysokich temperaturach gorzknieje. A zatem szybko wszystko razem mieszamy, znów stawiamy na gaz i podlewamy wodą lub winem.
  5. Wrzucamy pokrojoną paprykę, mieszamy, dusimy pod przykryciem 5 minut. Dodajemy pomidory. Ja – wzorem Węgrów, którzy mnie leczo robić uczyli – nie obieram pomidorów ze skórki, ale oczywiście można. Te ich ćwiartki po wrzuceniu warto rozgnieść łyżką – szybciej się zamienią w sos.
  6. Doprawiamy. Majeranku dosłownie 2 szczypty, tak ciut, na smak. Vegety nauczyłam się dopiero na Węgrzech używać, też w aptecznych dawkach, ale umiejętnie podkręca smak potrawy. Do leczo wystarczy 1 łyżeczka. Sól wedle uznania, ale pamiętajmy, że vegeta jest słona i wędliny też są słone. Co do ostrości, to jak kto lubi. Tyle tylko, żeby to była ostra papryka, chili, żeby nie pieprzyć, bo pieprz zupełnie do leczo nie pasuje.
  7. Dusimy na małym ogniu jeszcze jakieś 5 – 10 minut. Wszystko zależy od gatunku papryki. Węgierska robi się miękka błyskawicznie. Na koniec wlewamy roztrzepane jajka i szybko mieszamy. One mają zagęścić potrawę. Ja wiem, że dla wielu to brzmi „tak sobie”. Ja też na początku nieufnie podchodziłam do tego pomysłu robienia jajecznicy na leczo. A żebyście minę mojej mamy widzieli! Ale to się sprawdza, te jajka gdzieś giną w odmętach, zostawiając za sobą ledwie widoczne niteczki. Grunt to energicznie mieszać, żeby wszystko się gładko połączyło zanim się zetną. A dodają smaku, uwierzcie!
  8. Odmian leczo jest, jako się rzekło, tysiące. Jest też krumplis lecsó (z dodatkiem ziemniaków, które podgotowane, pokrojone w kostkę wrzuca się wraz z pomidorami) – takie leczo teraz zrobiłam i ono jest widoczne na zdjęciach – lub cukkinis lecsó (cukinię w półplasterkach wrzuca się wraz z pokrojoną papryką). Nigdy w życiu nie widziałam, żeby ktoś do tego dodawał pieczarki, ale może powinnam Węgrów uświadomić?
  9. Leczo je się przeważnie z chlebem. W knajpach jest rzadko spotykane, to raczej domowa potrawa. Resztki leczo wykorzystywane są jako sos-dodatek do usmażonego na drugi dzień kotleta.

Ja sobie do leczo dołożyłam kleksa śmietany, ale ja ze śmietaną mogę zjeść wszystko - uwielbiam! Także to nie kanon, to moja fanaberia.


Follow

Get every new post delivered to your Inbox.